Informacja z dnia 3 czerwca 2019 r.

23 maja 2019 r. w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie odbyła się Gala VIII edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Profesora Andrzeja Szczeklika. Podczas uroczystości zostały przyznane nagrody zwycięzcom konkursu w kategorii Proza i Poezja. Jury w składzie: Anna Dymna, Waldemar Hładki, Ewa Lipska, Bronisław Maj, Maria Szczeklik, Jarosław Wanecki, wręczyło nagrody następującym lekarzom: w kategorii Poezja: I miejsce – Andrzej Berner, II miejsce – Anna Nieródkiewicz, III miejsce- Ilona Dzijak-Muniak. W kategorii Proza: I m. Anna Pituch- Noworolska, II miejsce – Edyta Markiewicz-Niewińska, III miejsce – Paulina Klopper. Nagrodzone wiersze znakomicie wybrzmiały z ekranu w interpretacji znanych krakowskich aktorów Narodowego Starego Teatru im. H. Modrzejewskiej. Wyjątkowo pięknie przygotowany wieczór rozpoczął sam Jerzy Trela, który czytał fragmenty o miłości, o zdradzie z książki Profesora A. Szczeklika: „Kore”. Przeczytał również wiersz K.I. Gałczyńskiego: ”Wenus”, dedykując go obchodzącej 50-lecie pracy na scenie Annie Dymnej. Często więc prowadzący Galę Jarosław Wanecki przywoływał jej rolę Isi i Chochoła z „Wesela” Wyspiańskiego w reż. Lidi Zamkow, którą zagrała w 1969 r. (debiut) właśnie na scenie Teatru im. J. Słowackiego. Pani Anna była bardzo wzruszona odbierając statuetkę przedstawiającą akrobatów – kobietę i mężczyznę – balansujących wbrew sile ciężkości na granicy życia i śmierci. Zaszczytem dla twórcy jest odebrać taką statuetkę, miniaturową replikę rzeźby stojącą przed budynkiem II Katedry Chorób Wewnętrznych przy ul. Skawińskiej w Krakowie, którą Profesor Andrzej Szczeklik – legendarny lekarz, jeden z najwybitniejszych polskich naukowców kierował. Człowiek wielu pasji i zainteresowań, który podniósł medycynę do rangi sztuki, uratował tylu ludzi, umiał wysłuchać najsubtelniejsze szmery serca. Taką statuetkę odebrała również prezes Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich – Prof. immunolog Anna Pituch-Noworolska za prozę „Gra z cieniem”, będąca również członkiem Unii Pisarzy Lekarzy Część oficjalną, „konkursową” uświetnił najstarszy chór lekarzy Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarskiej „Medici pro Muzyka” z Olsztyna, który stanowił „żywą scenografię” na zacnej scenie krakowskiego Teatru. Dodając do tego WSPANIAŁY KONCERT Beaty Rybotyckiej i Jacka Wójcickiego z Piwnicy Pod Baranami, który odbył się po pysznym poczęstunku we foyer Teatru; wg wielu opinii uczestników tego wieczoru można powiedzieć, iż była to najpiękniejsza Gala, jaką przygotowali lekarze. Warto dodać, iż w części pierwszej wysłuchaliśmy kilku rewelacyjnie zaśpiewanych, znanych piosenek Kabaretu Starszych Panów, m.in.: „Addio pomidory”, „Jeżeli kochać”, „Herbatka”. Całość była cudownie spójna, wysmakowana, dostarczająca wrażeń, wzruszeń, podziwu i uznania dla organizatorów. A organizatorami byli: Medycyna Praktyczna, Naczelna Izba Lekarska, Unia Polskich Pisarzy Lekarzy i Fundacja Anny Dymnej „Mimo wszystko”. Na pamiątkę publiczność i laureaci konkursu otrzymali publikację z nagrodzonymi tekstami laureatów: „Serce woła” .

Na podstawie tekstu Pani Ireny Kaczmarczyk

Andrzej Berner
I miejsce w kategorii Poezja

Serce
Puk, puk. „Otwarte! Proszę! – serce woła –
Wciąż jestem wolne, czas jak tchórz ucieka,
Może z nadzieją ktoś, tam na mnie czeka?
Komory puste, jak w maju stodoła.
Nie! Nie mam wady. Zastawki w porządku,
Rytm także, wolny, gotów na emocje,
Pora, by zadbać o jakieś promocje;
Zgoda na wszystko, w granicach rozsądku.
Mnie, na urodzie wielkiej nie zależy,
Lecz mam maleńkie, myślę, że realne,
Skromne życzenie, w istocie banalne:
Zębów niech raczej do innych nie szczerzy.
Cierpliwie zniosę najcięższe zmagania,
O jedno proszę – nie chcę bić dla drania.”

Anna Nieródkiewicz
II miejsce w kategorii Poezja


rozmowa z umierającą
siedzimy i rozmawiamy. twoje oczy są bardziej
niebieskie niż
dawniej. wydaje mi się, że jesteś z gipsu
i powietrza. obiecujesz mi,
że jak już wyzdrowiejesz, pójdziemy razem
na spacer przez pole.
tak. obie kiwamy głowami. ty nigdy nie umiałaś
kłamać.
wiem, że w szafie masz strój na całkiem inne
wyjście.

chciałabym bardzo, żeby śmierć była z boku.
nie miała twojej pamięci, szaf ani garsonek.
czuję, że siedzi w tobie i przepowiada mi
przyszłość.
wiem – mówisz to wszystko i jest ci trochę głupio,
za niedelikatność.
z godnością podnosisz kubek do ust. drży ci ręka.

para z herbaty, zagięcia kołdry, jasne światło
przepuszczone
przez firanki są tłem tylko. to ty tak ładnie
umierasz


Ilona Dzijak-Muniak
III miejsce w kategorii Poezja

Tak się nie godzi
To się nie godzi
tak po prostu odejść
wymknąć się z życia
jak z nudnego party,
czmychnąć cichaczem
gdzieś na drugi brzeg.
To się nie godzi
tak po prostu odejść
z teraźniejszości,
z dzisiaj, z tu i teraz,
pójść za horyzont,
uciec niczym zbieg.
To się nie godzi
tak po prostu odejść.

Anna Pituch-Noworolska
I miejsce w kategorii  Proza

Gra z cieniem

Przy biurku siedziała siwiejąca kobieta o łagodnych brązowych oczach. Równo i regularnie stukała w klawiaturę, nie patrząc na monitor i pisany tekst. Po dłuższej chwili zatrzymywała wystukiwanie liter i czytała napisane fragmenty opinii, epikryzy czy analizy – powoli poprawiała błędy. Nie umiała, jak młodsi, pisać nie patrząc na klawiaturę, a jedynie na monitor, natomiast potrafiła napisać całą stronę, a dopiero potem powoli poprawiać i uzupełniać urwane zdania czy błędnie napisane słowa. W pokoju było już szaro, świeciła się tylko jedna lampa stojąca na półce nad biurkiem i oświetlała głowę oraz dłonie piszącej. Na ścianach wisiały obrazy – oryginały – panoramy Biecza, mały delikatnie malowany akwarelami brzeg jeziora, rynek we Lwowie z pomnikiem Mickiewicza, kwiaty – Maki i Słonecznik. Na wprost  siedzącej przy biurku wisiał piękny kalendarz. Za plecami miała zwykłą, bez wyrazu „służbową” biblioteczkę pełną książek, teczek z gromadzonymi odbitkami, publikacjami. Dzięki obrazom, kwiatom w słoju tworzącymi miniaturowy krajobraz z fikusem, dwoma poduszkami mchu, niewielkim jasnozielonym aloesem i jakąś inna drobną zieloną rośliną, pokój nabierał osobistego wyrazu. Wszystko to razem tworzyło niecodzienne wnętrze zwykłej, lekarskiej dyżurki w szpitalu. Ale to był jej pokój, więc musiał mieć coś, co pozwalało jej czuć się dobrze i pracować spokojnie. O tej porze wieczoru już nie dzwonił telefon, więc cicha muzyka dopełniała  nastroju. To była ta pora dnia, którą lubiła w szpitalu najbardziej.

Pojawiła się w nim jako studentka trzeciego roku wydziału lekarskiego ponad pół wieku temu. Potem jako stażystka, a w końcu już jako pracownik. Trafiła na wymarzoną hematologię z nadziejami znalezienia odpowiedzi na wiele pytań naukowych i klinicznych. Jej ciekawość pchała ją do pracy w laboratorium, nie tylko wśród pacjentów na oddziale. Tu na oddziale badając chorych rejestrowała objawy, czuła ból i cierpienie, widziała jak choroba zabijała, jak niewiele można było zrobić, aby uratować te dzieci. A potem oglądała te komórki pod mikroskopem szukając odpowiedzi na pytanie dlaczego nagle złośliwieją, stają się nieposłuszne czynnikom regulującym ich życie i funkcję, dlaczego mnożą się bez końca, szkodzą i zabijają. Dlaczego, choć wyglądały tak samo, komórki od niektórych pacjentów wykazywały wrażliwość na leki, co pozwalało zahamować ten proces dostępnymi wówczas lekami, a niektórych komórek nie dało się pokonać. Nawet teraz, gdy tych leków jest o wiele więcej, gdy są schematy ich stosowania, a terapia jest bardzo agresywna, nadal są takie formy rozrostów nowotworowych, w których żadne leczenie nie hamuje agresji komórek. Oglądała je pod mikroskopem, potem w cytometrze i choć potrafiła już bardzo wiele powiedzieć o ich charakterze, o odmienności od zwykłych, spokojnych i pracujących zgodnie z dedykowanym przeznaczeniem, nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co stanowi ten pierwszy ruch, który wytrąca je z normalnego rytmu, powoduje, że stają się nieposłuszne i oporne, że jak powódź zajmują cały szpik wypierając wszystkie inne komórki, a potem wodospadem przelewają się do krwi i narządów, aby powoli zabijać. Odpowiedzi na pytanie, w którym momencie funkcji szpiku, coś idzie nie tak jak powinno, co powoduje zamęt w regularnym rozwoju komórek, do dziś nie zna nikt. Więc nie tylko jej się nie udało…

NIEISTNIEJĄCY CZAS

Zapadał letni wieczór. Cisza szpitalna była tym, co lubiła najbardziej, zwłaszcza na dyżurach. Był to czas, w którym była tylko ona, pielęgniarki, pacjenci i choroba. Ta cisza była namacalna, miała zapach, barwę i fakturę, którą można było niemal dotknąć. Słyszało się w niej ciche pobrzękiwanie aparatury sygnalizacyjnej – kroplówki, monitory pracy serca, oddechu, ssaki i wiele innych. Ale to nie te dźwięki dawały owo wrażenie ciszy, którą odbierała wszystkimi zmysłami. Chodziła powoli od sali do sali patrząc na śpiące dzieci, czasem obecne matki przy łóżku. Czuła ich niepokój, lęk, niewypowiadane prośby, milczące ślady łez na twarzach. Matki którym pozwalano pozostać przy dzieciach na tym oddziale, żyły w stanie zawieszonym. Gdzieś za oknem był normalny świat z prostymi kłopotami, nieszczęściami, które tu wydawały się blade, nieważne i zupełnie pospolite. Ich maskowany niepokój powodował, że bały się spać, żeby nie umknął im ani jeden ważny moment życia dziecka. Ich sen nie był snem, to zmęczone organizmy kazały się położyć, skulić na rozkładanym fotelu, ale słyszały każdy oddech dziecka, każde poruszenie, słaby jęk przez sen, wejście lekarza, pielęgniarki, wiedziały kiedy kończy się kroplówka, kiedy podać kolejny lek. Ten stan zawieszenia w szklanej kuli własnego bólu, czekania i bezsilności był czasem straconym, czasem, którego nie chciały pamiętać, dni, które zasypywały za sobą wszystkimi możliwymi sposobami. Wrzucały do szuflad niepamięci, zamykanych najmocniej  i najszczelniej jak tylko można było. Ale teraz – teraz jeszcze są tu…. Czekają na działanie leków, na poprawę, choć niektóre z nich już wiedzą, że czekają i pomagają w tym ostatnim odcinku drogi, w przejściu na druga stronę, że niczego już nie da się uzyskać, że przegraliśmy z chorobą.. Pozostawała już tylko ulga w bólu, duszności i bezsenności. Były świadkami tego, czego nigdy nie chciałyby doświadczać, a jednak przypadł im ten los. Zastygłe w milczeniu i lęku, liczyły każdy oddech, bo jeszcze jest, a dopóki jest – jest nadzieja…

W ciszy nocnego oddziału czuło się obecność tego Cienia, który też chodził od sali do sali, wybierał moment i chore dziecko u którego gasił oddech jak świeczkę. Czasem było to wrażenie przeciągu, nagłego powiewu i tyle, a czasem czuła prawie namacalną obecność Cienia za jej plecami. Nie widziała nikogo, ale wiedziała, że on tam jest. Choroba, jej przebieg i koniec były jak partner w szachach – ruch ze strony Cienia to nowy objaw, brak odpowiedzi na lek,  wznowa procesu. Ten ruch wymagał analizy i odpowiedzi ze strony lekarza – nowy lek, inna dawka, inne wsparcie dla osłabionego  organizmu. I tak, aż do końca – albo wygrywał Cień albo lekarze i ich wiedza oraz umiejętność wkroczenia w proces choroby.

CIEŃ

Namacalność ciszy szpitalnej powodowała, że nawet jeśli mogła się położyć na chwilę to i tak nie mogła zasnąć mimo zmęczenia całym dniem i perspektywa kolejnego, bo wtedy po dyżurze pracowało się dalej cały dzień. Patrzyła przez okno na drzewa, kołyszące się gałęzie i słuchała ciszy zza drzwi. Każdy krok pielęgniarki, skrzypnięcie drzwi korytarza, delikatne zamykanie drzwi do sali – te dźwięki prawie niesłyszalne, brzmiały jak donośne, wołające sygnały. Czasem nie kładła się w ogóle krążąc od sali do sali popędzana niepokojem i wewnętrznym poczuciem, że Cień jest, że poluje i należy się go bać, próbować chronić przed nim, choć walka prawie zawsze była przegrana. Pewnej nocy weszła do sali kilkuletniego chłopca, którego matka nie mogła być przy nim. Wydawało, się że jest w dobrej fazie choroby, że jest chwilowo bezpieczny. Weszła bo jej wewnętrzny niepokój ostrzegał… Chłopiec leżał nieruchomo, był nieprzytomny i umierał…. Pozornie bez uzasadnienia, bez wytłumaczenia – to nie ten stan, nie ta faza choroby, ale umierał. Były przy nim tylko ona, zaalarmowane pielęgniarki, ksiądz i Cień, z którym wtedy rozpoczęła swoją grę.  

Rano poszła do kaplicy. Jako jedyny szpital w tamtych czasach miał własną kaplicę i księży. W tryptyku głównego ołtarza, na bocznych skrzydłach były dwa anioły o poważnych, zadumanych twarzach. Miały wspaniałe, kolorowe szaty i skrzydła. Patrzyły na modlących się jakby mówiły – nie pytaj, my nie znamy odpowiedzi, my jesteśmy jedynie posłańcami, to nie do nas te pytania. Nie zadawaj ich, nie usłyszysz odpowiedzi. Więc nie pytała, mając w oczach twarz umierającego chłopca. W jej grze z Cieniem widziała nie tylko umierających chorych, ale i głębokie rany jakie ta śmierć zostawiała po sobie. Najczęściej obecność Cienia czuło się nocą, w ciszy i niebieskich światła korytarzy. Ale potrafił przyjść w pełni pięknego dnia, dnia pełnego nadziei i radości. Tak było w dniu św. Mikołaja gdy po szpitalu krążył z prezentami przebrany Mikołaj. Tego dnia umierała 16 letnia dziewczyna, którą choroba zmiotła w ciągu 3 miesięcy. Była jeszcze we wrześniu na wakacjach gdy zaczęła uparcie krwawić z dziąseł. I to był początek. A potem intensywne leczenie, żeby opanować postęp choroby. Próby uzyskania remisji, utrwalenia jej spełzły na niczym – nie udało się ani złagodzić objawów, ani zahamować proliferacji opornych komórek. Tylko ból udało się znieść. Umierała w zimowym dniu, białym od świeżego śniegu z lekkim mrozem, którego można było się domyślać po delikatnych wzorach na szybie okiennej. Była jedynaczką i jej rodzice pozostali sami. Gdy umierała byli istotami pustymi wewnątrz, okaleczonymi przez los. Nie mieli nikogo tylko siebie. Dwoje samotnych ludzi, idących obok siebie, oddalonych o wieczność cierpienia. Nie było odpowiedzi na pytania – dlaczego ta choroba, dlaczego ona, dlaczego teraz, dlaczego tak szybko, bez dania szansy na uratowanie. Milczenie zabierało i pytania i niewypowiedziane odpowiedzi. Miała w oczach ich postarzałe, nieobecne sylwetki, gdy wychodzili ze szpitalnego pokoju pozostawiając ciało córki. Szli nieobecni w dalsze życie, którego nie mieli.

BŁĘKITNE ŚWIATŁO CZUWANIA

Wtedy gdy przyszła do pracy wydawało jej się, że potrafi tyle zmienić, że uda się dokonać postępu, że będzie lepiej, na pewno będzie lepiej. Nie było. Więc opisywała dzieje niektórych pacjentów z nadzieją, że to też pomoże jej w rozumieniu choroby i stanu chorych, ich samotności, chęci lub braku chęci mobilizacji i walki o życie. Kiedy i dlaczego odchodzą na wewnętrzne wyspy milczenia. Pisała dzieje jednej z pacjentek, której jak wielu wówczas, nie udało się uratować. Jej relacja z Moniką była dość szczególna, bo czuła jej samotność i bezsilność wobec złych stosunków domowych, braku ciepła, stabilności i poczucia bezpieczeństwa, konfliktu brata i jej samej z ojcem, biernej postawy matki. Jakby tego było mało, pojawiła się  ciężka choroba z nawrotami, bólem i niełatwym leczeniem. Jak przed chorobą tak i w jej trakcie nic się nie zmieniło w domu i szpital był koniecznością, ale również ucieczką. Leżała podwójnie samotna, pełna bólu, bezsenności i narastającego poczucia odchodzenia. Milczała. Tylko z nią, lekarką o niemodnie upiętych w kok włosach i zawsze wyprasowanej niebieskiej sukience, była w stanie pokazać emocje. W jednej z rozmów ta lekarka doprowadziła ją do łez, choć obiecywała sobie, że nie będzie słaba, że wytrzyma wszystko, co niesie los. A jednak, płakała długo, cicho i samotnie po rozmowie z nią. Potem dowiedziała się, że ta lekarka jest równocześnie psychologiem. To pewnie dlatego udało jej się ją podejść, złamać i pozbawić pancerza, w który się uzbrajała, żeby nie pokazać słabości.  Jeszcze tego lata, gdy nie czuła choroby, pojawiła się młodzieńcza miłość i teraz, gdy pobyty w szpitalu, na krótko przerywały powroty do domu,  najwięcej ciepła, spokoju i troskliwej opieki ofiarował jej chłopak. On, który na samym początku dorosłego życia dostał od losu naukę cierpienia, bezsilności, czekania i umierania dziewczyny, którą kochał. Szpital odgrywał w ich historii ważną rolę i dlatego wspomnienie o Monice zatytułowała „Błękitne światło czuwania”, bo w nocy, pozostawały świecące niebieskie lampki, umocowane w podłodze wzdłuż ścian. Pozwalały spać pacjentom i ich opiekunom, ale szybko dojść lekarzom i pielęgniarkom do sali pacjenta, bez włączania ogólnego oświetlenia.

TĘCZOWE SKRZYDŁA ANIOŁÓW

Zależnie od programu leczenia i odpowiedzi na to leczenie, chorzy pozostawali w szpitalu kilka tygodni lub kilka miesięcy. Rodzice przyjeżdżali często do większości dzieci ale byli i tacy, do których przyjeżdżali bardzo rzadko, bo z daleka, bo w domu kilkoro drobnego rodzeństwa, bo brak pieniędzy na podróż i nocleg… Małego siedmioletniego Jacka, matka zostawiła zgłaszając lekarzom, że nie może przyjeżdżać chyba, żeby było bardzo źle albo po dziecko do domu. Leżał sam, bo wartości krwi po cyklu chemioterapii nie pozwalały na obecność innego dziecka w tym samym pokoju. Przychodziła nauczycielka i to były wspaniałe 2 godziny, ale tylko 2 godziny… Kiedyś po rozmowie z nim, lekarka przyniosła mu książkę – powoli składając litery przeczytał. Z czasem nabrał wprawy i czytał szybciej, więc pojawiały się nowe książeczki z biblioteki szpitalnej a potem domowej biblioteki lekarki. Zapytała, czy lubi rysować- roześmiał się – bardzo lubi. Dostał blok i małe opakowanie 6 kredek. Narysował ołtarz kaplicy z aniołami. Nauczycielka pomogła mu narysować skrzydła, żeby były symetryczne, ale kolorować chciał sam. Gdy pojawiła się jego ulubiona lekarka zapytał, czy ma może więcej kredek, bo te skrzydła są takie barwne, takie tęczowe, a on ma tylko 6 kolorów. Dostał komplet 24 kredek i dwa kolejne bloki. Rysował wszystko, co pamiętał z niewielu spacerów po szpitalu, gdy ktokolwiek miał czas i chęci z nim spacerować, a jego stan na to pozwalał. Często zabierała go matka dziewczynki z sali obok i wtedy najchętniej szedł do kaplicy, bo anioły i ich skrzydła pociągały go jak magnes… Po latach lekarka zobaczyła wernisaż młodego malarza i dziwnie znajomo zabrzmiało jego nazwisko. Sprawdziła, to było nazwisko Jacka, chłopca od skrzydeł aniołów. Wernisaż był wspaniały, ale obrazy były w szarych tonacjach z dużą proporcją kolorów zgaszonych, przyćmionych, delikatnych… Patrząc na nie myślała, że to ślady po szpitalu, po samotności małego, ciężko chorego chłopca. Nie chciała go spotkać, nie wiedziała jak zareaguje jeśli ją pozna, czy przypomnienie tego, co za nim w przeszłości, nie wróci, nie odezwie się nocnym lękiem, niepokojem, niepewnością jutrzejszego dnia. Wyszła z wernisażu zanim pojawił się twórca obrazów.

Pobyt na oddziale hematologii uczył ją  nie tylko cierpliwości, zdobywania kolejnych wiadomości zawodowych ale i rozumienia pacjentów, zwłaszcza tych małych. Wydawało się, że nie rozumieją swojej sytuacji. To nieprawda, tylko trzeba umieć ich słuchać. W lipcowy dzień, piękny i słoneczny miała dyżur. Powoli przechodziła od sali do sali rozmawiając z dziećmi i obecnymi rodzicami. W kolejnej sali był 8 letni Maciek. Leżał jeszcze w dobrym stanie, ale jego komórki właśnie pokazały, że są oporne na leczenie i nie opanujemy nawrotu ostrej białaczki. Zapytał czy może pójść z nią z wizytą do innych dzieci. Zgodziła się. W pewnej chwili Maciek zapytał:

– czy ja umrę ?

– każdy kiedyś umrze – odpowiedziała lekarka – i ty i ja, tylko nikt nie wie kiedy

– ale ja wiem, że niedługo, bo ze mną jest źle

– przecież mówiłeś, że czujesz się dobrze, dlaczego tak sądzisz?

– bo przedtem miałem punkcję szpiku jak wychodziłem do domu, a teraz nie miałem i mam jutro iść do domu

– a nie chcesz iść do domu ?

– chcę, bo mama urodzi siostrzyczkę za kilka dni

– no to pójdziesz i zobaczysz siostrzyczkę.

Skończyli obchód. Lekarka wpisała do zleceń wykonanie punkcji szpiku w następnym dniu choć i tak już z oceny rozmazu krwi było wiadomo, że jest pełna wznowa, że nie ma szans na remisję i wyleczenie. Ta punkcja, choć nieuzasadniona z punktu widzenia lekarskiego, była konieczna dla jego spokoju, zapewnienia o dobrym stanie. Objawy załamania i tak się pojawią, ale na razie czuł się dobrze, więc należało podtrzymać jego nastrój i siły tak, aby zdążył wrócić do domu i zobaczył siostrę. Nie było jej kiedy wrócił na oddział aby umrzeć, więc nie zdążyła go zapytać czy podobała mu się siostrzyczka. Najważniejsze, że udało mu się ją zobaczyć.

Skończyła pisać, spojrzała na ciemność za oknem. Przed wyjściem z budynku postanowiła przejść się po oddziale, na którym spędziła tak wiele lat. Tylko tam ciszę odbierała wszystkimi zmysłami, tylko tam prowadziła swoją grę z Cieniem. Wiedziała, że on tam wciąż jest i czeka..… Być może już tylko na nią, bo tylko ona była jego przeciwnikiem.

Edyta Markiewicz-Niewińska
II miejsce w kategorii Proza

Upadły anioł

Siedział w metrze w swoim czarnym zbyt obszernym płaszczu. Wypełnił swoje ostatnie zadanie. Dygotał z zimna i emocji. Już TAM nie wróci. Nie wróci już po kolejne zlecenie. Patrzył przed siebie niewidzącymi pustymi oczami.

            „…zdarzyło się wszystko, co miało się zdarzyć, a jednocześnie nie zdarzyło się nic…”

Srebrny siedział zadumany. Jeśli kierunek upływu czasu się odwróci i skutki będą wyprzedzać przyczyny? Jeśli świat nie ma granic w przestrzeni, nie ma początku ani końca w czasie, to nie ma też w nim nic do zrobienia dla Stwórcy… Tylko On może tworzyć i niszczyć, gdyż jest wszechwładny. To On tworząc człowieka, dał mu wszystkie uczucia, a potem wszystkie może zabrać.

– Mamo, słyszałaś kiedyś jak niebo gra?

Mała Ula od dwóch lat w zasadzie mieszkała w szpitalu. Zmieniała tylko oddziały – onkologiczny, hematologiczny, dziecięcy, neurologiczny. Miała 9 lat i już chyba nie pamiętała życia przed… Wszyscy w rodzinie użalali się nad nią – że taka młodziutka, że taka straszna choroba. Najpierw tłumnie ją odwiedzali, głaskali po głowie, przytulali. Stopniowo krąg odwiedzających zeszczuplał, aż w końcu zniknął zupełnie. Z życia Uli zniknął również jej ojciec. Nie wytrzymał. Swojego bólu, bólu ukochanej córeczki, histerii i rozpaczy pogrążonej w schizofrenii żony. Najpierw wracał późno, przygarbiony i zły na cały świat i siebie. Później wracał nad ranem, powoli odsuwając się od wszystkiego, co działo się w domu, aż któregoś dnia po prostu nie wrócił. Mała Ula i jej matka zostały same.

            Nowotwory ośrodkowego układu nerwowego (OUN) stanowią drugą, po białaczkach, grupę najczęściej występujących  nowotworów wieku dziecięcego. Mimo postępu w diagnostyce i leczeniu, który dokonał się w ciągu dwóch ostatnich dekad, nadal są obciążone bardzo poważnym rokowaniem. Średnia wieku w chwili rozpoznania nowotworu mózgu wynosi 7 lat i 10 miesięcy z czego 24% to dzieci poniżej 3 r. ż., 33% powyżej 10 r. ż., 43% między 3 a 10 r. ż. Chłopcy chorują nieznacznie częściej od dziewczynek w stosunku 1,2 : 1. Nowotwory OUN znajdują się na trzecim miejscu przyczyn zgonów poniżej 16 r. ż., po urazach i białaczkach. Objawy początkowo mało specyficzne – bóle, zawroty głowy, nudności, wymioty przechodzą następnie w poważniejsze – zaburzenia chodu, równowagi, urojenia.

Mała Ula przebudziła się. Na metalowym szpitalnym stołku siedział On.
Kim jesteś?
Nie wiem – odpowiedział Srebrny.
A jak się nazywasz?
Nie mam pojęcia. Zgubiłem swoje imię.
Ty jesteś Srebrny – powiedziała Ula. Spojrzał na nią błękitnymi smutnymi oczami.
Przyszedłem zrobić coś strasznego.
Nie płacz. Anioły nie płaczą.

Schizofrenia… mamo, co to jest ta schizofrenia?
Oj dziecko – ciężko westchnęła kobieta. – Taka ta moja choroba… Od lat we mnie siedzi. Doktor Jaskółka mówi, że już siedzieć będzie.
Ale co to jest, mamo? Co jest w tej chorobie?
Oj córcia, słyszę głosy jakieś… Tu w środku, w sobie, w głowie mówią, gadają, spokojnie żyć nie dają… A czasem widzę… Jezusa, anioły, duchy, zwidy jakieś. I ciągle mówią do mnie. Nawet w kontaktach siedzą.
Anioły widzisz mamusiu? A jakie? A może Srebrnego widziałaś? – Oczy małej Uli rozbłysły w oczekiwaniu na odpowiedź.

Srebrnego? Nie, żadnego Srebrnego nie widziałam, ani Brodatego. Daj już spokój. Doktor Jaskółka tego przypominać wcale nie karze. Leki mam brać i wtedy oni nie przychodzą. A słyszysz czasem jak lecą Anioły? Jak fruną nad ziemią? – mała Ula nie dawała za wygraną.

            Czasami były lepsze dni. Wtedy nie leżała. Chodziła po szpitalu, odwiedzała innych chorych. Z niektórymi znała się już od miesięcy. Pielęgniarki przymykały oko na te wędrówki. Mała nie miała innych rozrywek, a wyraźnie potrzebowała kontaktu z innymi. Przychodziła, zadawała różne pytania… Mało opowiadała o sobie. Odwiedzała często na chirurgii pana Tadeusza. Któregoś dnia spytała:
Nie boisz się śmierci?
Każdy kiedyś umrze – odpowiedział chory.
Tak. Każdy. Ale ty dzisiaj – zeskoczyła ze stołka i pobiegła na korytarz. Podskakiwała po beżowych płytkach, naśladując grę „w klasy”. Obejrzała się na pielęgniarkę w dyżurce. Uśmiechnęła się i pobiegała dalej. Pan Tadeusz odszedł kilka minut po godz. 22. Spokojny. Pogodzony. Zabrał ze sobą tajemnicę ich ostatniej rozmowy.
Mała Ula leżała na łóżku, uśmiechała się do siedzącej obok matki.
Mamusiu, a jakbyś tak na jeden dzień, no może dwa… odstawiała swoje tabletki? Te wiesz… od doktor Jaskółki?
No dziecko, co Ty… Znowu wszystko wróci. Te głosy, zmory różne. Znowu będę widzieć, co inni nie widzą.

Dziewczynka uśmiechnęła się słabo, jakby do siebie, do środka. Może mama Go zobaczy? Może zobaczy jej Srebrnego? Przychodził i siadał na krześle przy jej łóżku. Patrzył smutno, blado… Czasem się uśmiechał. Niemalże czuła dotyk jego dłoni na głowie, policzkach. Był zdziwiony, wylękniony? Gdyby tylko nie bała się go spłoszyć najmniejszym ruchem, czy dźwiękiem to by go uspokoiła. Że jest już dobrze, już nie boli. Ból się gdzieś roztapia, rozchodzi… poza nią. Czasem ogarnia ją błogie ciepło. Ono ma kolor to ciepło. Różowo-fioletowy. A On, Srebrny, taki smutny, prawie transparentny. Może by się czasem ogrzał w tym cieple?

A potem Go nie było. Słyszała jak odchodzi, słyszała szum, trzepot skrzydeł nad szpitalem. Ludzie mówili, że to były chmary szpaków. Ale ona wiedziała swoje. Wyczekiwała jego kolejnej wizyty.
Matka Uli ocknęła się ze szpitalnej drzemki. Na okrągłym stołku siedział On. Ty jesteś Srebrny? – odezwała się pierwsza.
Przyszedłem zrobić coś strasznego – patrzył na nią załzawionym, szarobłękitnym spojrzeniem.
Nie płacz. Anioły nie płaczą. Mała Ula się Ciebie nie boi. Od kilku dni czeka na Ciebie. Możesz już zabrać ją na spacer.
Ale ja nawet nie wiem dokąd mam ją zaprowadzić…
Mała Ula wie. To ona zaprowadzi Ciebie. Żeby Ci naprawili skrzydła. Podobno upadłeś i je połamałeś?
Tak. Spadłem. Byłem nieostrożny i spadłem. Dlatego nie dopilnowałam małej Uli – błękitne łzy nadal płynęły po policzkach…
Dopilnowałeś… Zobacz, jak się do Ciebie uśmiecha…

Srebrny siedział w metrze. Tłumy wlewały i wylewały się z wagonów. Dzieci biegały, popychały się na peronach. Młody człowiek z wypchanym plecakiem  biegł wzdłuż torów. Potknął się i przewrócił staruszkę. Z siatki wypadły jej zakupy. Główka kapusty toczyła się po peronie. Roześmiany tłum rzucił się na ratunek uciekającej główce. Staruszka pozbierała się, poprawiła chustkę na głowie i dziarskim krokiem ruszyła przed siebie. …życia wciąż jest tak dużo…

Srebrny zaczął odczuwać zimno i chłód. – A więc to tak – pomyślał – już jestem jak oni… Tak się odczuwa po … ludzku – uśmiechnął się blado. – A zatem już mnie skreślili tam na górze…?
„Między tym co słuszne i tym co błędne rozciąga się wielka przestrzeń…”
Tam się spotkamy…

Paulina Klopper
III miejsce w kategorii Proza

Jesień           

– No dobrze, już dobrze!  Przestań Hrabia! Wstaję!- odepchnęła kocura. Codziennie ten sam rytuał. Kilka miesięcy temu przestała nastawiać budzik. Stary kocur był punktualny jak szwajcarski zegarek. Najpierw delikatnie trącał noskiem w jej nos, a kiedy to nie przynosiło efektów, stawał się bardziej natarczywy. W ostateczności swoim całym kocim majestatem kładł się na jej twarzy i  tak długo kokosił aż musiała zareagować. A wtedy już biegł do kuchni i wyczekiwał przy lodówce, w której czekały pyszne śniadaniowe szprotki. Faktycznie w ostatnim czasie Hrabia musiał się namęczyć zanim namówił swą Panią do zwleczenia się z łóżka.  Wiedziała o tym. Co dzień obiecywała sobie, że tym razem się nie upije, dziś tylko 2 kieliszki. Niestety kiedy przychodził wieczór i wracały strachy, pocieszała się „małą imprezką” w postaci kieliszka wina. „Małe imprezki” przerodziły się z czasem w regularną balangę. Jedna czasami dwie butelki wina, paczka Marlboro, film z Gregorym Peckiem lub Marlonem Brando,  potem wizja samotnej śmierci i użalanie się nad sobą, wściekłość i klątwy pod adresem byłego męża. Męża, który oświadczając pewnego wieczora, że wyprowadza się do koleżanki z oddziału, gdyż są razem szczęśliwi, a „to małżeństwo już dawno umarło i chyba tylko ktoś nienormalny mógłby tego nie zauważyć”, przyczynił się do jej upadku. Furia, rozpacz i…urwanie filmu. Znowu.            Szurając kapciami weszła do kuchni. -Nie patrz tak na mnie. Wiem co myślisz. Pewnie wyglądam okropnie. Zakończę to Hrabio, pozbieram się. Już niedługo. – mamrotała serwując kocurowi śniadanie. Nastawiła  ekspres do kawy i usiadła przy kuchennym stole. Mimo kaca,  do którego zdążyła przywyknąć, poranki nie były takie złe. Co wieczór od 2 lat ponosiła porażkę. Samotność i żal do byłego męża ją przerastały. Za to poranna kawa, przedwyjściowa krzątanina, potem spacer do pracy i sama praca były wybawieniem.  Przychodnia była bezpiecznym gruntem, gdzie narzuciła sobie reżim niebycia żałosną, starzejącą się rozwódką.
-A Ty co? Obrażony?-  zagadnęła w stronę kota, który od jakiegoś czasu siedział ostentacyjnie zwrócony do niej tyłem. -Przecież wiesz, że muszę wyjść i pracować na Twoje przysmaki. Masz ochotę dziś wieczorem na tuńczyka?  – Hrabia nadstawił uszu.- Szybko wrócę. -Hrabia odwrócił się powoli po czym niby od niechcenia zaczął ocierać się o jej nogi pomrukując.

Popijając kawę spoglądała przez okno, gdzie jesienny wiatr wyszarpywał ostatnie liście z rosnących na podwórku topoli. Chodnikiem lekkim krokiem szedł a właściwie podskakiwał, na oko dwudziestoparoletni, młodzieniec z potarganymi włosami i w niechlujnym stroju. Co chwilę zatrzymywał się i machał w stronę okna w bloku naprzeciw. „ Jeszcze wczorajsza impreza nie wywietrzała”- uśmiechnęła się w duchu. Chłopak w pewnym momencie zatrzymał się i uniósł do góry ręce w geście jakby chciał zdjąć wyświechtaną czarną bluzę z napisem Metallica. „Ciekawe…” –pomyślała wypatrując okna, do którego chłopak kierował swój gest. Nagle dostrzegła na pierwszym piętrze- „Kwiatkowska?” Kobieta w oknie dziarsko uniosła koszulkę i, ku uciesze adoratora, zaprezentowała bujny biust całemu światu.
 – Mój Boże! – o mało nie zachłysnęła się kawą. Hrabia wystraszony odskoczył na pół metra. –Kwiatkowska! Ludzie drodzy!- wykrzykiwała do kota, który wpatrywał się w nią przestraszonymi, wielkimi źrenicami nic nie rozumiejąc. „Skąd ona wzięła tego chłopaka? Przecież to jeszcze dziecko.” Zerknęła jeszcze raz w stronę okna. Kobieta już z zasłoniętym biustem uśmiechając się machała do chłopaka, który za chwilę zniknął za rogiem. Stała jeszcze chwilę i rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się w jesienne podwórko, po czym zniknęła w głębi domu.    „ Ona?!  Ma tyle lat co ja –pomyślała odpalając papierosa- może nie jest stara, ale takie przygody? A z drugiej strony czemu nie? Mąż odszedł (jak mój) do młodszej, dzieci duże, pewnie u byłego męża. No ale z takim małolatem?!” – nagle z obrzydzeniem zgniotła papierosa w popielniczce.
– Nie palimy w ciągu dnia. Nie zapominajmy o swoich postanowieniach.- upomniała Bogu ducha winnego kota- Dosyć, muszę zaraz wyjść do pracy.- Jednak nie mogła się uspokoić. Od dwóch lat żyła zatopiona w swojej rozpaczy po odejściu męża, („do tej paskudnej, obrzydliwie chudej i wiecznie rozdziawionej w głupawym uśmiechu, smarkuli”) i w przekonaniu, że już jej nic wesołego w życiu nie spotka, że umrze samotnie. Z mężem poznali się na studiach po jej burzliwym romansie z Robertem. Studiowali, imprezowali, jeździli na wakacje. Potem wzięli ślub, ona urodziła Helenę i zrezygnowała w pracy w szpitalu na rzecz przychodni, gdzie mogła dopasować sobie godziny pracy do godzin przedszkolnych i szkolnych Heleny. Z czasem polubiła tę pracę i już nie wróciła na dyżury szpitalne. On w tym czasie  robił karierę w Klinice, został starszym asystentem, dyżurował, z czasem więcej i więcej.  Co prawda opowiadał jej o tej całej cudownej doktor Alicji, że utalentowana, pewna siebie, błyskotliwa… Nie podejrzewała, że aż tak jest w niej zauroczony, żeby zostawić żonę. Była przecież jego przyjacielem, partnerem do brydża, doradcą, a także sprzątaczką, opiekunką do dziecka i kucharką. Zdawała sobie sprawę, że już nie są namiętnymi kochankami, ale też nigdy o tym nie rozmawiali. Myślała, że tak ma być.
– Wychodzę Hrabio! Baw się dobrze!- rzuciła w stronę drzemiącego na fotelu kota.
„Syf i psie gówna, jak można tu mieszkać i się nie zabić?!” Szła pomiędzy szarymi blokami, przysypanym gnijącymi liśćmi chodnikiem ze złością je rozkopując. Krótko ogolona głowa schowana pomiędzy kurczowo uniesione barki, ręce wciśnięte w kieszenie przykrótkich „rurek”, za duża kurtka plus bogaty piercing dawały jasny sygnał- NIE TYKAĆ! „O nie!”- westchnęła na widok grupki dziewczyn w pobliżu jednej z klatek odrapanego wieżowca.
– Kogo ja widzę?! Wampirzyca wyszła na światło dzienne! Trumnę Ci zalało?- teatralnym tonem  odezwała się Vanessa. Była najwyższa z grupy i  ubrana w jaskrawo różowe  spodnie oraz dżinsową katanę ze wstawkami w cętki dzikiego kota.
– Nie ruszaj jej, wściekliznę ma. Zaraz cię ugryzie. – syknęła Nikola, nastolatka przy kości, co nie przeszkadzało jej nosić koszulkę odsłaniającą pępek i przy okazji pokaźny kawałek brzucha mimo przeszywającego zimna.
– Przestań, ruszy mnie tylko, od razu poprawczak. Mój stary tego dopilnuje. Ostatnio porwała mi najlepszą kurtkę. Tata jej nie daruje.- powiedziała Vanessa z wyższością.
-Wiadomo, ale na wściekliznę będziesz się musiała szczepić, a to jest bardzo bolesne i musisz robić zastrzyki co dwa dni DO KOŃCA ŻYCIA! Kumasz? Wiem bo moja ciocia mi mówiła. Ona….
-Wiem, wiem, mieszka w Kanadzie i wie wszystko. Sto razy już to słyszałam. – warknęła Vanessa ucinając tym samym kolejną tyradę na temat ciotki Nikoli.
– Cześć Zuz.- odezwała się trzecia z dziewczyn, Karolina, nie odstępująca krzykliwym strojem od koleżanek.  Kiedyś się przyjaźniły, to było przed „incydentem”. Potem już nic nie było takie same. Zuza się zmieniła, odepchnęła ją i nie gada już z nikim. No, może poza tym freekiem Sebą, którego stary się zabił, a matka rzadko trzeźwieje.
– Cześć – rzuciła w stronę Karoliny Zuza, przemykając szybkim krokiem dalej i nie podnosząc wzroku dodała – Też zostałaś galerianką? Gratuluję.
-Gadasz z nią Karo? – zdziwiła się Vanessa i krzyknęła do oddalających się pleców Zuzy- A Ty lepiej się zamknij!      
– Daj spokój Van – powiedziała spokojnie Karolina. – Lepiej powiedz skąd masz te buty? Chłopak Ci kupił?- odwróciła uwagę koleżanki. Vanessa uwielbiała opowiadać o swoim chłopaku – o 15 lat starszym, który czasami zabierał ją na zakupy więc z miejsca wymazała Zuzę z pamięci i rozpoczęła monolog na temat swojego nowego chłopaka, Fabiana.
Wsparta łokciami o biurko wspominała Roberta, byłego chłopaka, z którym była na początku studiów.  Był to szalony, pełen bardzo intensywnych doznań czas. Kochali się z pasją kilka razy dziennie, szczególnie lubiła seks nad ranem, wtedy jego ręce wędrujące po jej ciele rozbudzały jej umysł.  Kiedy się do niej zbliżał na odległość wyciągniętego  ramienia, zapach jego skóry sprawiał, że była natychmiast gotowa zrzucić ubrania i oddać się w jego posiadanie. Wtedy była jedyny raz w swoim życiu roszczeniowa w łóżku, mówiła wprost czego oczekuje. Teraz po tylu latach na myśl o dawnym kochanku poczuła jak zalewa ją fala gorąca. Niestety z tą samą częstotliwością z jaką oddawali się nieujarzmionej miłości cielesnej, pojawiały się również niszczycielskie kłótnie. Po kilku miesiącach uniesień i wzajemnego ranienia rozstali się. Ona poznała swojego męża, który  obecnie przeżywa drugą młodość z o 15 lat młodszą kobietą. Ona tymczasem pogrąża się coraz bardziej w swoim nieszczęściu. Nic dziwnego, że Helena tak rzadko do niej zagląda. Od dwóch lat wylewa swój żal na każdego kto się nawinie.
Nagle dźwięk skrzypiących zawiasów wyrwał ją z rozmyślań.
-O! Dzień dobry! Pani już w gabinecie?! Bo ja tu chciałam przewietrzyć zanim się zacznie najazd. A co pani Doktor taka rumiana? Nie ma gorączki? Pani Doktor, powinna Pani bardziej o siebie zadbać. Pani to bardziej potrzebuje odpoczynku niż ci wszyscy wyłudzacze zwolnień razem wzięci. – trajkotała pielęgniarka siłując się ze starym drewnianym oknem.
-Spokojnie Pani Basiu, nic mi nie jest.- uspokajała pielęgniarkę.- Już zaczynamy? – zapytała.
-Tak. Wie Pani, przyszedł znowu ten Śpiewak, bezdomny, pewnie znowu ma świerzb, Pani go weźmie jako pierwszego, bo już cała przychodnia zatyka nosy. – powiedziała szeptem.
-Pan Alojzy…, no tak, smutna historia. Dobrze, Pani go poprosi, Pani Basiu .- westchnęła przyjaźnie. Lubiła swoją pracę, tu jest na swoim miejscu.
– Chcę umrzeć.- westchnęła i z rozmachem rzuciła się twarzą na zajmujące cały pokój Sebastiana łóżko, nadal nie wyciągając dłoni z ciasnych kieszeni.
– Widzę, że nastrój masz szampański. Dobrze się składa, przegrałem ci Nagrobki, słyszałaś? Spodoba ci się. Chłopaki z Trójmiasta, Twoje klimaty.
– Aaaaaa!- wrzasnęła w poduszkę.- Zabiję te głupią bladź!!!
-Uuu…Vanessa?! – zapytał z troską lekko rozbawiony.
-Acha… Z obstawą swoich przydupasów. Obleję jej kwasem tą głupią mordę.- usiadła na łóżku.
– Szkoda, mogłaby w przyszłości uszczęśliwić wielu klientów salonów masażu dla panów.- udał strapionego.
– Nie mów, że na nią lecisz. – powiedziała z pogardą.
– O co wam właściwie poszło, co?
–  O nic. – odpowiedziała, ze spuszczoną głową.
– Nienawidzę jej.

Nie będzie przecież opowiadać o tym jak nie może znieść opowieści Vanessy o tatusiu.  To żenujące. Jej zazdrość o ojca, który zapatrzony w swoją córkę rozpuszczał ją do woli,  doprowadzała ją do bólu brzucha. Ona nie znała swojego ojca, od zawsze były z matką same. Przez krótki czas zakończony  „incydentem” mieszkały z przyjacielem matki. Ale o tym jeszcze bardziej nie chciała rozmawiać i nigdy nie będzie. Powiedziała wszystko raz na policji i zakończona sprawa. Po tym wydarzeniu znienawidziła Vanessę, że miała ojca, który nie pozwoliłby, żeby stało się jej coś złego. Miała poczucie, że wszystkie wzmianki o tatusiu kierowane są do niej, jakby Van chciała za każdym razem jej przypominać, że nigdy nie będą równe.- Jak nie chcesz o tym gadać to ok. Nawet lepiej, nie będę słuchać o babskich problemach.
– Sebastian wzruszył ramionami.
– Jak w robocie? – Zuza zmieniła temat.- Miałeś jakieś ciekawe wypadki? Była bijatyka?
– Ciekawe wypadki? Pomyślmy… Nawalona klientka wypisała gównem na drzwiach od kibla ROMAN TO FIUT i  jeden koleś zrzygał mi się na bar. Co jeszcze….-  Sebastian z założonymi rękami gładził swoją wypielęgnowaną hipsterską brodę, wpatrując się w ścianę naprzeciw łóżka.
– Fuj! Wystarczy! To stąd ten zapach. – zaśmiewała się Zuza. – Myślałam, że praca w barze jest bardziej… no wiesz… czysta. Żonglując szklankami przyrządzasz drinka, puszczasz oko do laski, klienci opowiadają ci całe swoje życie, z niektórymi (tymi w stylu „to co zwykle”) przybijasz piątkę i  wypijasz nad ranem szklaneczkę whisky…
– … a z napiwków jeżdżę na Bali.- dokończył Sebastian. – Za dużo amerykańskich filmów oglądasz. Do rana sprzątałem wysmarowany gównem kibel. Praca marzeń. – westchnął.
– No dobra, pokaż te Grobowce.- zagadnęła wesoło chcąc rozwiać chmurny nastrój przyjaciela.
Sebek roześmiał się- Nagrobki! Spodoba ci się. – zerwał się do stojącej w rogu łóżka czarnej lodówki, znalezionej pod śmietnikiem,  w której zamontował sprzęt grający i głośniki.
– To co zwykle? – zapytała, zdawałoby się nieco zbyt głośno, Kwiatkowska wyciągając dwie butelki białego wina i stawiając na ladę, następnie sięgnęła po papierosy. „Bezczelna”- pomyślała a spuszczając wzrok i lekko się rumieniąc wymruczała: – Tak, tak, poproszę.
 „ Bezczelna, puszczalska baba!!!” wzburzona opuszczała sklep wprost na jesienną ulewę- „No i jeszcze tego brakowało”. Z tego wszystkiego nie kupiła obiecanej puszki tuńczyka dla Hrabiego ale nie zamierzała tam wracać i ponownie poddać się ocenie karcących spojrzeń. Trudno, Hrabia wytrzyma jeden dzień na suchej kociej karmie. „Muszę się ogarnąć. Może to właśnie jest moment, migające czerwone światło? Czy już jest tak źle?” – zatrzymała się nie zważając na nasilający się jesienny deszcz. Strugi deszczu spływały jej po twarzy z resztką makijażu.
– Wszystko w porządku?- usłyszała.
– Słucham?- zapytała jakby właśnie wyrwano ją ze snu i spoglądała zdziwiona na osobę, która zmaterializowała się tuż przed nią.
– Czy  dobrze się pani czuje? Dziwnie pani wygląda.  – dziewczyna stała na deszczu już jakiś czas, miała przemoknięte ubranie. „Znam ją” pomyślała. Kilka lat temu była jakaś straszna historia z molestowaniem przez konkubenta matki. „ Biedna dziewczyna”. 
–  Nic mi nie jest. Przypomniałam sobie o czymś. -zaczęła się tłumaczyć- Zuzia prawda? Co ty tu robisz? Jesteś przemoczona.
– Zgubiłam klucze od mieszkania, czekam na matkę. -wzruszyła ramionami Zuza.
– Idziesz do mnie, bez dyskusji! Dam ci gorącej herbaty.-zaordynowała-  Tylko muszę jeszcze coś zrobić.– dodała, wrzucając do śmieci reklamówkę z brzęczącą zawartością.
–  I wyrzuć tego mokrego papierosa, którego chowasz w rękawie, dam ci suchego w domu jak już tak bardzo potrzebujesz się truć.-  Zuza uśmiechnęła się zawstydzona i poczłapała grzecznie za swoją wybawicielką.

Przygotował Waldemar Hładki