Wojciech Pająk

Utwór wyróżniony III miejscem na konkursie literackim „Ambrożjada” w 2016 roku zorganizowanym przez Bibliotekę w Kętach.

 Krzesło

 Leszek zamknął podręcznik i opuścił zmęczoną głowę na poduszkę. Od dwóch tygodni, od wczesnego rana do północy, z przerwami na posiłki, zakuwał wiedzę z biofizyki. Przeczytał i powtórzył w pamięci po kilka razy materiał z wykładów, ćwiczeń i dodatkowo wszystko uzupełnił materiałem z dwóch podręczników. Był solidnie przygotowany. Bardzo zależało mu na dobrej ocenie. Koledzy ze starszych lat mówili, że przy następnych egzaminach, wszyscy patrzą na poprzednie wyniki. Jak się więc dobrze zacznie jest duża szansa na niezłe oceny, a nawet stypendium naukowe. Dlatego robił wszystko, by ta pierwsza ocena w indeksie była jak najlepsza. Uczciwie chodził na wszystkie wykłady i ćwiczenia, starannie odrabiał zadania i zawsze był przygotowany na zaliczenia oraz seminaria, które zresztą zdawał zawsze w pierwszych terminach i minimum na czwórki. Niektóre koleżanki i koledzy zadania robili „na kolanie” a na wykłady nigdy nie chodzili. Zaliczenia otrzymywali często w trzecim podejściu. A profesor, podobno, zawsze analizował karty ćwiczeniowe i wyciągał odpowiednie wnioski.

– To już ich problem – często myślał Leszek.

Zgasił nocną lampkę, przyłożył głowę do poduszki i pełen nadziei natychmiast zasnął.

Na korytarzu, przed drzwiami prowadzącymi do sekretariatu i gabinetu Profesora Grzybka, w kilkuosobowych grupkach stali studenci i cicho rozmawiali o czekającym ich pierwszym na studiach egzaminie. Wymieniali się pytaniami z poprzednich lat i dni oraz dzielili się wiedzą o tak zwanych knifach i numerach Profesora.

– Dwa lata temu kazał komuś wytłumaczyć mechanizm złudzeń optycznych.

– A moja kumpela musiała mówić czym się charakteryzuje krążenie w stanie nieważkości.

– Dużo zależy od jego humoru, który z kolei zależy od pogody. Jak jest fajna, mroźna zima to humorek ma dobry. A jak jest odwilż albo nie daj Boże deszcz to lepiej od razu się pochlastać.

– No to dzisiaj powinien mieć dobry – zauważył Marcin Kobyliński.

– Podobno teraz się ustatkował ale jak był młodszy to dopiero wycinał głupie numery – powiedziała szeptem Anka Chmielewska – Podobno wyrzucał indeksy za okno, zadawał pytania po angielsku albo po rusku lub kazał pisać odpowiedzi na trzy duże pytania na karteczce wielkości kartki pocztowej. Jak ktoś poprosił o następną to z mety dostawał pałę za, jak to on określał, brak szacunku wobec lasu.

– To jeszcze nic – wtrąciła się do rozmowy Kamila Szpytko – Podobno pytał kiedyś jaki jest mechanizm powstawania bekania!

– No nie! Chyba żartujesz? – przerwał jej ze śmiechem Karol Musiał.

– Poważnie.

– Jak ja bym dostał takie pytanie to chyba bym się polał ze śmiechu.

– No i właśnie on na to tylko czekał, bo zaraz taki student wylatywał z dwóją za żarty z przedmiotu – kontynuowała całkiem poważnie Kamila – Ale odkąd dostał awans z docenta na profesora to podobno przestał się wygłupiać. Może tylko raz na całą sesję zrobi jakiś żarcik ale podobno nieszkodliwy i bez następstw.

– No to spoko – odparli uspokojeni studenci.

Punktualnie o dziewiątej sekretarka zawołała pierwszą czwórkę studentów. Od razu wśród pozostałych dało się wyczuć większą nerwowość niż jeszcze pięć minut temu.

Leszek usiadł obok jednej z koleżanek, zamknął oczy i zaczął powtarzać niektóre partie materiału. Po niespełna dwudziestu minutach uradowana czwórka zdających wyszła na korytarz. Do gabinetu weszli następni studenci. Jak tylko za wchodzącymi zamknęły się drzwi szczęśliwcy zostali otoczeni przez wszystkich oczekujących.

– No i co? Jaki ma humor? O co was pytał? – padały pytania z różnych stron.

– Jest dobrze. Ja miałam pytania z ćwiczeń i jedno z wykładów ale chciał tylko odpowiedzi na zasadzie jednego zdania albo nawet tak lub nie – relacjonowała podniecona Ilona Węzik – Odniosłam wrażenie , że mu się spieszy i chce szybko wszystkich przepytać.

– Zgadza się. Bez strachu. Poza ćwiczenia i wykłady nie wychodzi i jeszcze dokładnie ogląda kartę ćwiczeń. Jak ktoś miał dobre oceny i wszystko zaliczał w pierwszych podejściach to na dzień dobry ma już dopa – dopowiadała Urszula Noworyta.

Wśród zebranych dało się natychmiast wyczuć odprężenie i wielkie uczucie ulgi. Studenci weszli do otworzonej sali przygotowawczej i w zupełnie innej atmosferze kontynuowali rozmowy. Po kolejnych dwudziestu minutach czwórka szczęśliwców wyszła na korytarz a następni studenci weszli do gabinetu. Śmiejącą się na głos Monikę Szklarczyk natychmiast otoczyli koledzy z grupy.

– Co się stało? – pytali nie mogącej się opanować koleżanki.

Po chwili dziewczyna zaczęła opowiadać.

– Zadał mi trzy pytania. Pierwsze i drugie, jak to określił, z wykładów. Proste były. A trzecie, jak powiedział, z życia. I wiecie o co spytał?

– No o co? – zapytali chórem studenci.

– Od czego zależy wysokość i głośność dźwięku bąka!

– Bąka? Takiego co lata? – zapytali z niedowierzaniem.

– Nie takiego! Chodziło mu o pierdzenie! – wykrzyczała dziewczyna.

Wszyscy zaczęli się tak głośno śmiać, że Karol, stojący przy drzwiach, musiał je zamknąć by sekretarka nie przyszła i nie zaczęła ich uciszać.

– No i co powiedziałaś? – zapytała śmiejąc się przez łzy Anka.

– Że od ilości gazów, siły wystrzału i średnicy wylotu rury pokarmowej – odpowiedziała zadowolona z siebie Monika.

– O kurczę, lecę do kibla – powiedziała, cała trzęsąc się ze śmiechu i trzymając za brzuch, Kamila.

Gdy emocje związane z pytaniem Profesora opadły z sekretariatu wyszli uśmiechnięci studenci a następna czwórka, wśród której był Leszek weszła do gabinetu.

– Coś czuję, że dzisiaj wszyscy zdamy – stwierdziła po powrocie z toalety dziewczyna – Profesor numer już wyciął i teraz będzie pytał normalnie i szybko bo mu się spieszy.

Po niespełna pięciu minutach drzwi prowadzące do sekretariatu otworzyły się i studenci, z dziwnymi minami, wyszli na korytarz. Kolejna czwórka młodych ludzi weszła na egzamin a oczekujący podeszli do Izy, Iwony, Leszka i Jacka. Miny dziewcząt wyrażały zadowolenie ale chłopaków co najmniej zaskoczenie a samego Leszka również i wściekłość.

– Co się stało – zapytały koleżanki.

– My i Jacek zdaliśmy ale Lesiu dostał pałę – powiedziały kompletnie zaskoczonym studentom Iwona i Izabela.

– Ale za co? Przecież był obryty jak dzika świnia! I miał same zaliczenia w pierwszych terminach! To jak? – pytali na zmianę wszyscy wokół – Chłopie, za coś dostał tą dwóję.

– Za krzesło – odpowiedział, zaskoczonym koleżankom i kolegom, załamany Leszek po czym usiadł i schował twarz w swoich dłoniach – Jacek, no powiedz im jak było. Mnie się nawet gadać nie chce.

– Weszliśmy do gabinetu i każdy usiadł na swoim krześle naprzeciwko jego biurka. Wcześniej wziął od nas indeksy i karty egzaminacyjne. Jak już siedliśmy, otworzył je na stronach z nazwiskami i zdjęciami i położył na blacie biurka tak, że każdy z nas miał swój indeks jakby naprzeciwko siebie. Kart ćwiczeniowych nawet nie otworzył i nie spojrzał na nie, chociaż leżały obok przygotowane pewnie przez sekretarkę. Potem tak dziwnie popatrzył i kazał nam wszystkim wstać i stanąć za krzesłem, na którym siedzieliśmy. Zaraz pomyślałem, że każe nam zrobić coś wysiłkowego i wytłumaczyć reakcję organizmu z punktu widzenia zasad fizyki.

– No i co kazał zrobić? – zapytało kilku niecierpliwych studentów.

– Kazał podnieść krzesła do góry, tak by ukazał się spód siedzenia.

– I co?

– I potem kazał się każdemu z nas odwrócić w kierunku dużego lustra, które stało w rogu i przeczytać co tam było napisane! – wykrzyczał w końcu zdenerwowany do granic wytrzymałości Leszek.

Koledzy popatrzyli na niego wzrokiem, który wyrażał kompletne zaskoczenie i zdumienie.

– Ale powiedz im w końcu co tam pisało – powiedział Jacek do kolegi.

– Na krześle Izy była piątka, Iwony czwórka, Jacka trója i na moim dwója – zakończył relację trzęsącym się głosem rozżalony student.

Utwór wyróżniony II miejscem w Konkursie Literackim „Ambrożjada” w 2015 roku   zorganizowanym przez Bibliotekę w Kętach.

Obserwatorzy życia

 – I na koniec, co trzeba zapamiętać z dzisiejszej lekcji – zaczęła podsumowanie Anna Porańska, nauczycielka historii w wiejskiej szkole podstawowej na Mazowszu – Jak uczy nas historia, do sukcesu dochodzić człowiek może różnymi drogami. Czasami jest to droga nadana od urodzenia, jak w przypadków władców wielkich dynastii. Czasami jest to talent i ciężka praca. Bywa też tak, że los spłata figla i naszym przeznaczeniem pokieruje czysty przypadek. Ale na ten pierwszy sposób, na waszym miejscu, bym nie liczyła gdyż nikt z tu obecnych nie pochodzi z królewskiego ani nawet z książęcego rodu. Nie liczyłabym również na przypadek, ponieważ zwyczajnie można się na niego nie doczekać. A więc co pozostaje? Kto mi powie?

– Praca! – odpowiedzieli chórem uczniowie.

– Świetnie! Aby utrwalić te ważne wiadomości proszę napisać na zadanie domowe…

– Nie proszę pani – przerwali nieśmiało chłopcy.

– Ależ tak! Krótkie opowiadanie o tym jak ktoś zaczynał i jak dzięki pracy, talentowi, może przypadkowi osiągnął  sukces. Na podstawie tego co usłyszeliście na dzisiejszej lekcji. Wystarczy kilka mądrych zdań. Może to być historia konkretnego człowieka albo grupy ludzi. Pomyślcie, porozmawiajcie z rodzicami lub dziadkami i napiszcie. Macie tydzień czasu. Do widzenia – zakończyła zajęcia nauczycielka po czym wzięła dziennik pod pachę i poszła do pokoju nauczycielskiego.

Minął tydzień. Pani Porańska weszła do sali lekcyjnej, w której, wraz z jej pojawieniem, zapanowała cisza i aura pewnego wyczekiwania.

– Dzień dobry – zaczęła jak zwykle nauczycielka – usiądźcie.

Anna sprawdziła obecność, wpisała temat i popatrzyła uśmiechnięta na uczniów.

– Kto chce pierwszy przeczytać swoje opowiadanie? – zapytała – Można sobie w ten sposób poprawić ogólną ocenę.

Przez klasę przeszedł cichy pomruk pomieszany z szeptami. Nagle z drugiej ławki, nad głowami uczniów, wystrzeliła w górę ręka zgłaszającej się do odpowiedzi Kasi Przytockiej.

– Proszę o spokój! Kasiu, wstań i przedstaw swoją historię – powiedziała historyczka.

Uczennica wstała, otwarła zeszyt i zaczęła głośno czytać.

– Działo się to w drugiej połowie dziewiętnastego wieku w Ameryce. Młody John po ukończeniu liceum podjął pracę w miejscowej fabryce. Wykonywał proste czynności i zarabiał symboliczne pięćdziesiąt centów na dzień. W wolnych chwilach poznawał zasady ekonomiczne rządzące przedsiębiorstwem, rynkiem i obserwował trendy oraz sytuację ekonomiczną swojego kraju. Czasy były trudne i niepewne. Młodzieniec po kilku latach ciężkiej pracy i nauki postanawia ze swym bratem i trójką kolegów założyć firmę wydobywającą ropę naftową. Był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. U schyłku życia został najbogatszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych i jednocześnie największym filantropem swoich czasów. John Rockefeller  zaczynał jako przysłowiowy pucybut.

– Pięknie Kasiu! Pokazanie trudnych początków, ciężkiej pracy, talentu, uporu, ambicji i odrobiny szczęścia. W efekcie przyniosło to wielki sukces. O to chodziło! – skomentowała pracę dziewczynki nauczycielka – Piątka, usiądź proszę. Kto następny chce przeczytać?

Po chwili, dość niepewnie, rękę do góry podniosła Bogusia Szostek. Historyczka kiwnęła w jej kierunku głową dając znak by zaczęła czytać.

– Kilka miesięcy temu do Rzymu przyjechało dwóch rabinów. Po załatwieniu swoich spraw postanowili zwiedzić muzeum w Watykanie. Od rana chodzili po licznych pomieszczeniach oglądając sławne obrazy wielkich mistrzów, piękne rzeźby oraz kolekcje rzadkich przedmiotów i złotych monet. W pewnym momencie młodszy z Żydów stanął i powiedział:

Popatrz ile tu bogactwa. Jakie to wszystko cenne.

– A zaczynali od stajenki – odparł starszy rabin.

– Kapitalne! – zaśmiała się Anna – Czy ktoś chciałby to skomentować?

– Koleżanka pokazała siłę religii.

– Pokazała siłę i cierpliwość wiary.

– Przedstawiła czego mogą dokonać ludzie jak się zjednoczą we wspólnym celu.

– Opisała, że wielkość nie musi rodzić się w bogactwie.

– Do zamożności dochodzi się cierpliwością i pracą wielu pokoleń.

Dzieci przekrzykiwały się wzajemnie ku wielkiemu zadowoleniu pani.

– Dobrze! Już dość. Macie wszyscy rację – oznajmiła nauczycielka – Ja tylko dodam, że Bogusia napisała to lapidarnie, niezwykle celnie i dowcipnie. Brawo! Piątka. Usiądź proszę.

Mamy jeszcze kilka minut czasu. Może któryś z chłopców chciałby przedstawić swoją pracę.

Pani Porańska popatrzyła na uczniów, którzy nagle w tym momencie spuścili głowy.

– Widzę, że miny macie nietęgie. To ja wybiorę. Jaś Bryła, proszę! – powiedziała Anna wskazując jednocześnie na drobnego blondyna w pierwszej ławce.

Chłopiec podrapał się odruchowo po głowie i lekko ociągając wstał.

– Ja napisałem o panu Kowalskim – oznajmił uczeń.

– O panu ministrze Kowalskim? – zapytała nauczycielka.

– Tak. O nim.

– Myślę, że wszystkie dzieci znają tego pana. Prawda? – pytająco stwierdziła historyczka – Pochodzi z naszej wioski i około czterdzieści lat temu ukończył naszą szkołę. No to czytaj. Wybrałeś bardzo ciekawy przykład.

– Stanisław Kowalski od dwóch lat jest ministrem – zaczął dukać Jasiu – Bardzo dużo zarabia i ma fajny dom. Jeździ niezłą bryką a jego trzecia żona lubi zwiedzać galerie w mieście. A zaczynał jako Tajny Współpracownik w SB.

W klasie zapanowała grobowa cisza.

Wiersze:

Pomnik

Postawili wielki pomnik przy kościele
patrzącego na nas Polskiego Papieża,
dzieci komunijne położyły kwiaty,
pan burmistrz z proboszczem wstążeczkę przecięli.
Porobili zdjęcia, w prasie napisali,
że jest taki piękny i taki radosny,
pobudza do czynów, czasem do zadumy,
przypomina chwile szczęścia, pomyślności.
Stoi pomnik szary, ptak siedzi na ręce,
wokół tętni życie, telewizor gada.
Tylko czasem z oka jedna łza wypłynie,
wszyscy wokół mówią, że to mgła osiada.

Wigilia w Sejmie

Przyszedł tata do domu,
pyta o dzieci, zdrowie
i mówi do swojej żony –
coś ciekawego ci powiem.
Było dzisiaj spotkanie,
no wiesz, jak co rok opłatkowe.
Był Prymas i Prezydent,
posłanki i posłowie.
Na schodach grali kolędy,
te radosne i smutne,
a po opłatku składali
życzenia zwykłe i butne.

Trwało to może godzinę,
a gdy się wszyscy nażarli,
gdy się rozchodzić zaczęli,
nagle coś słysząc zamarli.
Za sceną drewnianą chóru
kwiliło w wózku niemowlę,
odziane tylko w pieluchę,
świeżo pachnące, cudowne.
Kiedy wesoły berbeć
do wszystkich się uśmiechał,
każdy się zastanawiał –
Jak żeś ty tutaj wjechał?
Podejrzenia padały
na młode sekretarki.
posłanki, zwłaszcza te z lewa,
w końcu na dziennikarki.
Wszystkie się obraziły,
bo one przecież dziewice
i wszystkie takie niewinne
i skromne, i gołębice.
Po trzech kwadransach z okładem
stwierdzono – To prowokacja!
To opozycja zrobiła,
to ich działanie, ich akcja!
Marszałek zawezwał policję,
koguty słyszano z daleka,
zabrali dziecko i wózek,
zdaje się do szpitala.
Premier powiedział – Nareszcie,
kontynuujmy spotkanie!
Proszę nie prowokować.
Takie jest tego przesłanie.
Gdy tata skończył opowieść
z fotela wstała Marysia
i powiedziała do wszystkich
trzymając swojego misia –
Pan Premier się pomylił,
dzisiaj jest przecież wigilia.
Do Sejmu przyszedł Pan Jezus.
To jest na dzisiaj homilia.