Maciej Zarębski

Przemijanie

Czas
Spokojny czarodziej losu
Spogląda z wysoka
Na
Otaczający nas wszechświat
Ze świadomością jego okrucieństwa
i niezmierzonej siły
oddajemy się Mu
W niewolę…

Wiersz został opublikowany w wydawnictwie ZLP Warszawa w 2015 r. „I to jest nasze życie”.

 

Chata za wsią i pierwszy Sylwester na obczyźnie *

   30 grudnia 1982 roku późnym wieczorem lądujemy na lotnisku w Trypolisie. Około godzinna odprawa, odbiór bagaży (jest tego sporo) i wychodzimy na zewnątrz budynku portu lotniczego. Ciepło, spokojnie i …bajecznie. Potężne palmy, których korony leciutko drżą poruszane delikatnymi podmuchami ciepłego powietrza. Po śniegu i mrozie, który przed trzema zaledwie godzinami żegnał nas w Warszawie, to inny świat. Mimo późnej pory przewija się sporo ludzi, część w tradycyjnych strojach. Kobiety zakutane w prześcieradła, obwieszone biżuterią i dziećmi, podążają z tyłu za mężczyznami.

Przyjechał po nas autokar szpitalny. Wśród oczekujących – szef służby zdrowia okręgu Syrta – Mr Trablezi, przystojny młody Libijczyk. Czeka nas jeszcze pięciusetkilometrowa droga do Syrty, bo to trzydziestotysięczne libijskie miasteczko, położone mniej więcej w połowie drogi między Trypolisem a Bengazi, jest naszym punktem docelowym. To w nim przyjdzie nam żyć i pracować ponad tysiąc dni!

     Pomimo zmęczenia nie chce nam się spać. Za dużo wrażeń. Obserwujemy z zainteresowaniem drogę, ale staje się coraz bardziej monotonna, ruch niewielki. Jedziemy przez tereny pustynne, tylko od czasu do czasu mijamy obszary jasno oświetlone. To miasta, a raczej miasteczka, czy osady o niskiej charakterystycznej zabudowie, przycupnięte wzdłuż drogi. Napisy na przydrożnych tablicach informacyjnych i znakach drogowych nic nie mówiące, wyłącznie w języku arabskim. Podobnie było na lotnisku. Wzrastają jeszcze moje obawy i niepokoje związane z podjęciem tu pracy. Z przerażeniem stwierdzam, jak niewiele wiem o tym kraju, jeszcze mniej o specyfice pracy, a najmniej o warunkach życia w tej egzotycznej dla Europejczyka rzeczywistości. Chociaż do wyjazdu szykowałem się od przeszło roku, to tak naprawdę do świadomości mojej dotarł on dopiero przedwczoraj, w czasie drogi ze Staszowa do rodzinnych Kielc, gdzie spędzałem ostatnią noc przed opuszczeniem kraju. Ciągle jeszcze jestem tam myślami przy półtorarocznym synku Wikim, pozostawionym pod opieką moich rodziców i córce Dorocie – licealistce, którą obarczyliśmy teściów w Przasnyszu. Spoglądam na żonę. Siedzi obok mnie zamyślona. Pewnie też błądzi myślami w Polsce. W czasie jazdy autobus kilkakrotnie się zatrzymuje, by uzupełnić paliwo.

   Grubo po północy zajeżdżamy na teren jakiegoś szpitala. To Misurata – informuje któryś z towarzyszących nam pilotów. Kierowca ma tu jakąś sprawę do załatwienia. Przez dłuższą chwilę podziwiamy piękne palmy daktylowe rosnące wokół szpitala. Z zaciekawieniem przyglądam się czerwonemu półksiężycowi widocznemu w kilku miejscach na murach szpitala. Będzie mi towarzyszyć przez przeszło trzy lata mojej pracy w Libii. Opuszczamy Misuratę, a wraz z nią kończy się dwupasmowa bezkolizyjna jezdnia. Teraz kierowca będzie musiał jechać nieco wolniej. Przed nami jeszcze połowa drogi do Syrty. W autobusie robi się zamieszanie. To jeden z kolegów z naszej grupy zaczyna zbierać paszporty. Okazuje się bowiem, że nasze dokumenty mają być oddane do Murakaby, libijskiego wydziału zdrowia, a nam zostaną wydane zamienniki, tzw. „łorgi. Nawet nie przypuszczamy, jak trudno będzie wydostać paszporty ze słynnej Murakaby w momencie, kiedy staną się potrzebne. – Ten facet, co zbiera paszporty, to przyszły dyrektor – słyszę szept gdzieś z tyłu. Dyskretnie taksuję obiekt rozmowy. Wysoki brodacz o pociągłej twarzy i piwnych oczach wydaje się być interesującym mężczyzną. Przy okazji przyglądam się pozostałym współtowarzyszom podróży. Zatrzymuję wzrok na drobnej, krótko ostrzyżonej kobiecie w moim wieku, której towarzyszą dwie dziewczynki, w tym jedna wygląda na rówiesniczkę mojej młodszej córki. Ilona będzie miała zatem koleżankę. Jakiś mężczyzna głośno o czymś rozprawia żywo gestykulując. Okaże się później, że to zdolny i doświadczony chirurg, który wybrany zostanie przewodniczącym staffowskiego samorządu. Moją uwagę przyciąga siedzący nieopodal szpakowaty przystojny pan o sympatycznej powierzchowności i miłym tembrze głosu. To również chirurg, były dyrektor jednego z wrocławskich szpitali i niedoszły nasz szef. Podobno flirt z „Solidarnością” uniemożliwił mu awans. Wsród dzieci dostrzegam jeszcze małą dziewczynkę z mamą (lekarz anestezjolog, jak się później okaże, zapalona brydżystka i życzliwy człowiek). W tyle autobusu młode małżeństwo z dwójką dzieci, mnóstwem bagaży i gitarą. Nie podejrzewam, że los zwiąże nas z nimi bliżej.

   Tymczasem ostatni postój przed Syrtą. Jesteśmy 55 kilometrów od celu. Zatrzymujemy się w szczerej pustyni, przed okrągłym budynkiem hotelowym. Miejsce to nazywa się „Hamsa hamsin”, co po arabsku oznacza po prostu pięćdziesiąt pięć, a więc liczbę kilometrów od Syrty. Sprzed tego hotelu rankiem w dniu 1-go września 1969 roku grupa wolnych oficerów pod wodzą Muamara Khadafiego wyruszyła do ataku na Trypolis. Atak ten przyniósł, jak wiadomo, pełen sukces i zakończył się obaleniem monarchii. W następstwie bezkrwawego przewrotu powstała Socjalistyczna Republika Libijska, która po kongresie ludowym w marcu 1977 roku w Sebhie przyjęła nazwę Libijskiej Arabskiej Dżamahiriji Ludowo-Socjalistycznej. To właśnie władze Dżamahiriji ściągały do pracy szerokie zastępy polskich inżynierów, budowlanych, drogowców, naukowców oraz lekarzy i pielęgniarek.

     Jestem jednym z dwutysięcznej rzeszy polskich pracowników służby zdrowia zatrudnionych w Libii. Myślę o tym przez chwilę wchodząc do wnętrza budynku hotelowego i zamawiając pepsi. Ze zdziwieniem stwierdzam, iż mowa polska jest tu znana. – Jak się masz – mówi do mnie z uśmiechem kelner i szerokim gestem wskazuje, aby zająć miejsca w fotelach. Przy okazji dowiaduję się, że w hotelu przed trzema laty zamieszkiwały polskie pielęgniarki z naszego szpitala, te z pierwszego kontraktu. My stanowimy zespół drugi. Przy stoliku, z rozmowy prowadzonej przez dwóch kolegów, dowiaduję się, że cały nasz staff będzie docelowo liczyć ponad dwieście osób. Oczywiście, o ile Arabowie nie podziękują nam wcześniej za pracę. Nikt jednak tego nie bierze poważnie pod uwagę. Sprawa, która stała się przyczyną konfliktu między stroną arabską, a polskimi władzami dotyczyła niewłaściwego zachowania się poprzedniego dyrektora. Zbyt duża odpowiedzialność, za duże, być może, obowiązki, za mała odporność psychiczna spowodowały ujawnienie się objawów choroby psychicznej. Był cały szereg nieodpowiedzialnych decyzji, kompromitujących i podważających wiarygodność całego polskiego zespołu. Podjęto więc negocjacje ze stroną arabską, aby odzyskać dobre imię polskiej służby zdrowia. Nasza grupa ma więc zaraz na starcie trudne zadanie. Próbuję na razie tym się nie zamartwiać. Może Arabowie mają rację żyjąc dniem dzisiejszym, a reszta Insz Allach? Siedzę więc w wygodnym fotelu i popijam pepsi. Nieopodal budynku hotelowego, w odległości około stu metrów słychać szum uderzających o brzeg fal morskich. Niemal intuicyjnie wyczuwam wspaniały błękit morza stopiony z lazurem południowego nieba. To pierwsze zetknięcie z Morzem Śródziemnym jest dla mnie dużym przeżyciem.

        Po wypiciu kawy, herbaty i zimnych napojów wyruszamy z wolna sprzed hotelu i wkrótce osiągamy cel podróży. Około godziny 5.00 zatrzymujemy się przed budynkiem nowoczesnego szpitala. To miejsce naszej przyszłej pracy. Bogato iluminowany, niezwykle nowoczesny, z bajecznie kwitnącymi krzewami rododendronów, wydaje się wprost nierealny. Przed szpitalem wita naszą grupę przełożona pielęgniarek. Sprawia sympatyczne wrażenie. Część osób wysiada z autokaru. Będą zakwaterowani w hoszach (budynkach) przyszpitalnych. My jedziemy dalej – na kamp. Kamp leży nad samym morzem. Jest szarawo, wschodzi słońce, gdy docieramy do niego. Około czterdziestu mało atrakcyjnych zielonych domków ustawionych bez żadnego specjalnego planu. Przez blisko dziesięć minut trwa wyczytywanie „wybrańców”. O nas ani słowa. Będziemy zatem mieszkać w domach arabskich. Znajdują się one na obrzeżach miasteczka, przy drodze do Tripoli. Jesteśmy tak zmęczeni podróżą, że już nam wszystko jedno. Zostaliśmy już tylko my i małżeństwo z dwójka dzieci i gitarą. Autokar zatrzymuje się wreszcie przed jakimś parterowym domem otoczonym wysokim murem. To ”Chata za wsią”. Znajduje się najdalej od szpitala i kampu.

           Jest już 31 grudnia. W kraju Sylwester. Zmęczeni podróżą i nadmiarem wrażeń szybko zasypiamy, nie rozglądając się nawet zbytnio po naszym nowym locum. Śpię mocno i budzę się grubo po godzinie dwunastej. Z zaciekawieniem przyglądam się nowemu otoczeniu, zwiedzam nasze gospodarstwo. Nawiązuję bliższą znajomość ze współtowarzyszami niedoli. Okazują się niezwykle sympatycznymi ludźmi z dużym poczuciem humoru. Ala Chybicka jest lekarzem pediatrą, jej mąż Rysiek – inżynierem elektronikiem. Pięcioletnia dziewczynka to Ola, a trzy i półletni chłopiec – Mirek.

        Siadamy razem w livingroomie usytuowanym pośrodku domu. Zagłębiamy się w wysłużonych fotelach i wspólnie analizujemy naszą obecną sytuację. Nasi współlokatorzy są niezadowoleni. Przyjechali razem z bratem Ryśka i liczyli, że będą mieszkać razem i podzielą obowiązki opieki nad dziećmi. Tymczasem Jancio został zakwaterowany na kampie.

   Próbujemy znaleźć pozytywy mieszkania w dzielnicy arabskiej i jakoś nam to nie wychodzi. Bo wprawdzie mieszkanie jest wygodne, obszerne, gdzieś niedaleko mieszka jeszcze kilku kolegów z naszego staffu, ale mimo wszystko czujemy się jak w więzieniu.

     Nagle uświadamiamy sobie, że to przecież ostatni dzień starego roku. Ala wyciąga małą choineczkę przywiezioną z Polski i przyozdabia ją bombkami. Rysiek bierze do ręki gitarę. Lula przygotowuje w kuchni coś do jedzenia, odkrywając przy okazji jej tajemnice i pułapki (pusta butla gazowa). Wychodzę do patio umiejscowionego w bezpośrednim sąsiedztwie livingroomu. Stanowi ono prostokątną przestrzeń otoczoną ze wszystkich stron murami. Oaza spokoju, miłego chłodu, z niebem zawieszonym tuż nad głową. Wyobrażam sobie, jak przyjemnie musi tu być w upalną noc afrykańską. Po schodkach wychodzę na dach domu. Rozciąga się stąd widok na otaczającą nas dzielnicę. W odległości około trzystu metrów widoczny jest duży market. Dookoła rząd dachów sąsiednich domów, z tyłu szosa biegnąca z Syrty do Trypolisu. Rozumiem symbolikę nazwy naszej willi – „Chata za wsią”. Jest to najdalej na wschód oddalona dzielnica miasta, a nasz dom jest jednym z najdalej wysuniętych.

     Ostry dzwonek zwiastuje niespodziewaną wizytę. Schodzę szybko na dół i otwieram drzwi, przed którymi stoi wysoki blondyn w okularach w towarzystwie sympatycznej szatynki. Tak oto poznaję przedstawicieli Polservice, którzy wręczają nam po pięćdziesiąt dinarów zaliczki. Oglądam pierwsze nasze libijskie pieniądze. Dowiadujemy się, że jutro dzień wolny od pracy. Mamy pieniądze i można będzie pójść na zakupy. Dzisiaj jest piątek, czyli dżuma. Dzień wolny od pracy, taka polska niedziela. Nasz market na szczęście jest otwarty. Jest to duży wielobranżowy pawilon samoobsługowy. Większość sklepu zajmują artykuły przemysłowe, część z nich jest na półkach w zasięgu ręki, część podają sprzedawcy. Niektóre tekstylia umieszczone są w stojących na terenie sklepu wózkach i można w nich dowolnie przebierać. Na półkach ze środkami chemicznymi proszki wysypujące się z uszkodzonych opakowań. Nikt się nie przejmuje takimi „drobnymi” stratami. Dzieci swobodnie buszują po sklepie i mimo, że czynią szkody, nikt nie zwraca na nie uwagi. Na stoisku spożywczym barwnie (trochę artykułów importowanych, w kolorowych opakowaniach), ale monotonnie. Nie widać masła, serów. Nie ma zupełnie pieczywa. Kupujemy więc jajka, oliwę, kilkanaście puszek szprotek w oleju, makaron i jakiś włoski „Ciao crem „. Dokonujemy w myślach przeliczeń walutowych: dinar – dolar – złoty. Wynika, że za dużą paczkę papierosów „Atlas” zapłaciłbym równowartość moich dwutygodniowych poborów w kraju, kilogram ziemniaków kosztuje prawie dwa dolary.

   Obładowani zakupami wracamy do naszej „Chaty za wsią”. Rozpoczynamy przygotowania do pierwszego na obczyźnie „Sylwestra”. Przywiezione z Polski radio z trudem łapie „Warszawę”. Mimo słonecznej pogody w domu jest chłodno. Dzieci włączają przywiezione grzejniki elektryczne, klimatyzator i… tragedia! Zostajemy bez światła. Awaria jest poważna i przekracza nasze amatorskie możliwości naprawy. Na szczęście ściemnia się dosyć późno. Wyciągam przemycony w opakowaniu po wodzie kolońskiej koniak. Przy świeczce i naparstku perfumowanego koniaku wspominamy kraj, dzielimy się obawami o przyszłość. Najgorsze, że nawet herbaty nie ma jak zagotować. Kolacyjne menu stanowią podróżne zapasy: pieczona kaczka, wędlina (też przemycona), a do tego piernik zamiast chleba. Tuż po północy kładziemy się spać. Długo nie mogę zasnąć. Wcześniej zauważyłem jakieś robactwo, które wydawało się tu zadomowione. Wyobraziłem sobie, że po zgaszeniu światła będzie to paskudztwo wędrować nie oszczędzając naszych prowizorycznych łóżek. Brr… W ciszy nocnej słychać również bzykanie komarów. Umieszczona w oknie moskitiera jest widocznie nieszczelna. Wszystko to powoduje, że zasypiam dopiero nad ranem.

                                                                                                              Maciej A. Zarębski

*”Chata za wsią…” – to fragment książki „Smak hobzy” (2015, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, BŚ 335)

Droga…

           Dzień chylił się ku upadkowi. Marek zmęczony monotonną jazdą, przez chwilę, jakby chcąc się nieco orzeźwić, oddał się wspomnieniom. Sięgały wczesnego dzieciństwa, okresu wakacji, które spędzał u swojej babci w małej miejscowości położonej niedaleko ujściu Sanu do Wisły. Oczami wyobraźni widział drewniany parterowy dom z dużym ogrodem i tajemniczą ziemianką. Zapamiętał związaną z nią historię, opowiadaną od lat w kręgu rodzinnym. W czasie okupacji wykopaną w ziemi rozległą piwniczkę wypełniały stągwie domowego wina. Dziadek Antoni słynął niegdyś z produkcji tego trunku, a po jego śmierci w roku 1933 tradycję tą kontynuowali synowie, z najstarszym Janem (ojcem Marka) na czele.

Najciekawiej tę historię, obrośniętą legendą, przekazywała babcia Stasia. Wg jej relacji pewnego, październikowego dnia, w trzecim bodajże roku okupacji, na rodzinnej posesji pojawili się żandarmi z nakazem aresztowania działającego w AK jej syna Jana. Młodszy z braci, Zbyszek, poprowadził Niemców do piwnicy, pod pretekstem, że tam ukrywa się poszukiwana przez nich osoba. Kiedy uzbrojeni Niemcy weszli do ziemianki, Zbyszek szybko zamknął za nimi masywne odrzwia, które następnie zaryglował. Na nic zdały się krzyki dobiegające z wnętrza piwnicy. Nie było szans, by ktokolwiek je usłyszał. Dobiegający z ziemianki hałas z biegiem czasu stawał się coraz słabszy, a w końcu ucichł zupełnie. Jan w międzyczasie zdążył szczęśliwie opuścić rodzinną miejscowość. Kiedy po dwóch dniach drzwi piwnicy zostały otwarte, babci i pozostałym domownikom ukazał się niecodzienny widok. Oto na wpół rozebrani gestapowcy leżeli zanurzeni po pas w olbrzymich zbiornikach z winem, nie zdradzając oznak życia. Po prostu zapili się na śmierć. Sytuacja była niewesoła. Trzeba było w jakiś sposób pozbyć się zwłok. Cóż zrobiła babcia? Pomaszerowała na posterunek policji, gdzie „wzburzona” zgłosiła fakt znalezienia w swojej domowej piwnicy zapitych na śmierć domowym winem dwóch mundurowych Niemców. Wkrótce przyjechali żandarmi i zabrali ciała swoich kompanów. Dlaczego nie aresztowali babci ani jej bliskich, pozostaje do dzisiaj tajemnicą… Nie wykluczone, że wobec braku śladów użycia siły, uwierzyli w opowieść o samowolnym wtargnięciu nieproszonych intruzów do piwnicy i wszelkich tego konsekwencjach…

       A swoją drogą, czyż wszystko nie jest gdzieś zapisane, tam w górze? Przecież gdyby wtedy aresztowano Jana, dzisiaj nie byłoby Marka i tej drogi, która właśnie jechał.

– Mamy jeszcze 200 km przed sobą – mruknął bardziej do siebie niż do siedzącej obok małżonki Marek. Nie chciał przerywać jej drzemki. Od dłuższego czasu milczała.

– Trzeba włączyć światła – usłyszał jej słowa.

A więc jednak nie śpi, pomyślał. Chociaż nie był pewien, czy nie lepiej dla niego i dla niej, żeby resztę jazdy pokonali w milczeniu. Tak wiele się wydarzyło w ostatnich trzech, czterech miesiącach w ich życiu, łącznie niespodziewaną decyzją wyjazdu z Białegostoku, że dyskusja na ten temat wydawała się niebezpieczna. Opuszczał to miasto, gdzie spędził ostatnie 15 lat, bez żalu, ale w poczuciu niespełnionych do końca marzeń młodego naukowca, społecznika i ojca rodziny, jako ofiara intryg personelu kierowanego przez siebie laboratorium dużego szpitala. W momencie, kiedy zaczął wymagać więcej od swoich podopiecznych (zwiększył częstotliwości szkoleń, bardziej rygorystycznie przestrzegał terminów specjalizacji, zwiększył dyscyplinę pracy, etc) skończyła się rodzinna atmosfera i zaczęły schody. A że głową muru…, konflikt musiał zakończyć się jego odejściem. Łatwiej przecież wymienić kierownika niż kilkudziesięcioosobowy personel. Tak naprawdę, z perspektywy tych kilku miesięcy, coraz częściej przestawała go dziwić decyzja porywczego dyrektora, słynnego docenta z kielnią. Ale, czy musiała ona skutkować nagłym porzuceniem miasta, w pewnym sensie wybranego? Miasta, z którym wiązał i swoją zawodową karierę, i życiowe marzenia realizacji społecznych ambicji służenia ludziom. Były przecież organizowane przez niego białe niedziele, pogadanki popularyzujące ochronę zdrowia w ramach członkostwa w ZMW (a potem ZSL). W ciągu dziewięciu lat pracy, po ukończeniu studiów w mieście nad Białką, osiągnął niemało. Zdążył obronić doktorat, wybrano go prezesem Klubu Uczelnianego Akademickiego Związku Sportowego na uczelni, niedawno został szefem Rady Osiedla Antoniuk (gdzie od trzech lat mieszkał we własnym spółdzielczym M5). Zdążył, co najważniejsze, założyć rodzinę, wiążąc się, z wielkiej miłości, z Joanną, dziewczyną z Mazowsza, osobą o anielskim wyglądzie i charakterze, lekarką, która urodziła mu dwie wspaniałe córki i na którą mógł liczyć w każdej sytuacji.

   Miał poczucie winy, że swoją decyzją brutalnie przerwał plany zawodowe małżonki. Pracowała na renomowanym Oddziale, w sympatycznym i życzliwym zespole, z perspektywą szybkiej specjalizacji i pracy naukowej. Nie zapomni wyrazu twarzy Joasi, kiedy informował ją o decyzji opuszczenia Białegostoku. Widać było na niej niepewność, obawę, żal. Trzeba było zostawić za sobą kawał życia, sporo poukładanych już spraw, trochę niedokończonych, a czekało jedno wielkie nieznane. Ale nie usłyszał słowa wyrzutu ani skargi. Kiedy wyjeżdżał w Polskę szukać nowego Eldorado, życzyła mu powodzenia i czekała cierpliwie na meldunki z trasy.

   I oto teraz wiezie swoją ukochaną Joasię do małego kilkunastotysięcznego miasta w rodzinnej Kielecczyźnie, do miejsca kolejnego ich zakotwiczenia. Jak zareaguje na ten wybór? Czy spodoba jej się nowo otwarty szpital, nota bene budowany przez męża jej koleżanki ze studiów? I czy mimo wszystko nie będzie żałować po latach swojej decyzji. A właściwie jego decyzji, do zaakceptowania której została w jakimś sensie przymuszona.

Te wątpliwości coraz bardziej dawały o sobie znać w miarę zbliżania się do celu. Aby je odsunąć, ponownie powrócił do wspomnień.

Oto początek czerwca 1970 roku, a więc pięć lat temu. Jest w Kołobrzegu w nowo otwartym luksusowym hotelu Scampol na dwutygodniowym szkoleniu dotyczącym stosowania pestycydów w rolnictwie oraz profilaktyki antyalkoholowej. Zajmuje pokój wspólnie z zaprzyjaźnionym od lat kolegą z Białegostoku, podobnie jak on, działającym na rzecz poprawy stanu sanitarnego środowiska wiejskiego, Zenkiem Chwieśko. Wcześniej razem popularyzowali oświatę sanitarną w dziesiątkach miejscowości Białostocczyzny Najmocniej w pamięci utkwił mu wspólny wyjazd Zenkowym trabantem w rejon Bań Mazurskich. Tereny te były zamieszkałe przez przesiedloną w akcji „Wisła” ludność pochodzenia ukraińskiego. Nie były one niestety zupełnie bezpieczne, z czego nie do końca zdawali sobie wówczas sprawę. Tamten wyjazd omal nie zakończył się tragicznie. Przyszło im omawiać zagadnienia chorób wenerycznych (o tym mówił Zenek) oraz antykoncepcji (to jego temat) w knajpie w samym centrum Bań Mazurskich. Lokalny organizator zapowiedział ich wystąpienia i zostawił sam na sam z podpitą widownią. Z trudem przekrzykując gwar odrobili domowe zadanie. Kiedy jednak opuścili lokal, okazało się, iż wszystkie opony trabanta zostały przebite. Rad nie rad, trzeba było szukać noclegu oraz pomocy u wulkanizatora. Nocleg znaleźli u dyrektora miejscowego PGR–u, który pomógł im również w naprawie uszkodzonych opon. Wieczór spędzili przy gorzałce, na rozmowach o gospodarce i polityce. Kiedy udawali się na spoczynek, zobaczyli u wezgłowia łóżka dyrektora pistolet.

Czy myślicie, że nie jest mi potrzebny ? – usłyszeli jego słowa. – Tylko w ten sposób mogę być bezpieczny.

Nie pytali, jak często był zmuszony do użycia broni. W każdym razie tej nocy nie zmrużyli oka. Następnego dnia najszybciej jak sie dało opuszczali miasteczko.

     Z Zenkiem rozumieli się doskonale. W Kołobrzegu stanowili niezwykle dobraną parę kumpli. Wykłady do południa, a potem czas wolny. Nie wiadomo co z nim robić. Na początku więc Marek zaznacza wyraźnie swoją obecność. Do puszczonej w obieg listy obecności, dopisuje rubrykę z inicjałami OM. Pytany o rozszyfrowanie tego skrótu odpowiada, iż chodzi o „Ostatnią Miesiączkę”. Ma wyraźną satysfakcję, kiedy wszystkie panie (bez wyjątku) skrzętnie wypełniły rzeczoną rubrykę. Stanowiło to najlepszy dowód, że na szkolenie przyjechały kobiety z dużym poczuciem humoru. Jak się okazało, nie tylko… Popołudnia wypełniały spacery nad morze, przyjęcia towarzyskie, podczas których nie żałowano alkoholu. I trzeba przyznać, iż panie w tym nietypowym „sporcie” wcale nie ustępowały panom. A po alkoholu, jak wiadomo, nieco inaczej patrzy się na świat. Osobom o mniejszym poczuciu odpowiedzialności oraz nieco rozregulowanym systemie wartości puszczały tzw. hamulce. I często postępowały w myśl zasady czego oczy nie widzą…

Osobiście nie miał sobie nic do zarzucenia, ale lepiej, że żona tego wszystkiego nie widziała. A swoją drogą ciekawe, jak w tej sytuacji zachowałaby się Joanna?

   Przerywa wspomnienia, bo sytuacja na drodze wymaga większego skupienia. Robi się szaro i samochody jadące z naprzeciwka coraz częściej oślepiają.

   Na horyzoncie pojawiają się kontury większego miasta. Ruch na drodze coraz bardziej się nasila, wszak to koniec czerwca i okres wyjazdów na wakacje. Coraz częściej trzeba używać pedału hamulca. Po chwili tablica informuje, iż dotarli do granic Kielc.

– To już tylko godzina jazdy – rzuca do trwającej w milczeniu Joanny.

– Musisz jeszcze przejechać miasto – przytomnie zauważa żona. Przejazd przez Kielce zajmuje około 30 minut. Jedzie obwodnicą, mijając znajome z dzieciństwa dzielnice, w tym słynne Bazary. Gdy opuszcza rogatki miasta, kierując się zgodnie z kierunkowskazem na Staszów, w radioodbiorniku samochodowym spiker oznajmia godzinę 20.00.

     Ostatni etap podróży upływa bez niespodzianek. Monotonna jazda skłania po raz kolejny do refleksji. Zwłaszcza, że małżonka nie przejawia ochoty do rozmowy. Widać, że przeżywa rozstanie z Białymstokiem. Nie chcąc jej przeszkadzać w rozmyślaniach przywołuje z pamięci chwile ich poznania.

     Było to 5 października 1963 roku, niewiele minut po południu. Tego dnia wraz z kolegami z roku organizował Bal Inauguracyjny na uczelni. Joasia, jako świeżo upieczona studentka pierwszego roku, bardzo chciała w nim uczestniczyć, kupiła sobie bilet i usilnie szukała kogoś, kto by ją tam wprowadził. Z pomocą pospieszyła koleżanka ze starszego roku poznając ze sobą Marka i Joannę na kilka godzin przed balem. Był tylko jeden problem. Na niego czekały jeszcze dwie inne młode, nie mniej atrakcyjne studentki, które liczyły, że będzie im partnerował na tej imprezie. Wybrał Joasię. Głos serca, przeznaczenie? Chyba jedno i drugie. Nigdy tego wyboru nie żałował. Zresztą, to jej zawdzięczał początek swojej kariery naukowej. Było to po roku ich znajomości, podczas którego spotykali się, chodzili razem do kina oraz jak najczęściej starali się ze sobą przebywać. Podczas wakacji razem pojechali na studencki obóz do lubelskiego Zwierzyńca, obóz zakończony słynnym zlotem młodzieży z okazji 20-lecia PRL. Pamiętał doskonale przemarsz przez ówczesny Plac Defilad przed trybuną honorową z siedzącym na niej towarzyszem. Wiesławem i premierem Cyrankiewiczem. Mruczał wówczas pod nosem – Ch…im w d…, a oficjalnie krzyczał razem z innymi – niech żyje towarzysz Gomułka.

Po wakacjach zaczął niezwykle poważnie traktować znajomość z Joasią. Podziwiał jej pracowitość i sumienność; a ponieważ większość czasu spędzała w czytelni, w pokoju cichej nauki lub bibliotece, postanowił zagospodarować swój wolny czas i zostać naukowcem. W tym celu złożył akces do jednego ze studenckich kół naukowych. Wybrał najlepsze, koło działające przy Zakładzie Farmakologii, kierowanym przez znanego prof. Andrzeja Danysza. Na wybór Koła miał wpływ także dobrze zdany przed rokiem u profesora egzamin, na którym uzyskał ocenę dobrą. Zrobił wówczas na profesorze pozytywne wrażenie. Podczas rozmowy kwalifikującej do Koła przekonał się, iż został przez niego rozpoznany.

   I tak zaczęła się jego, trwająca do marca 1973 roku, przygoda z farmakologią. Pamiętał doskonale chwile spędzone z profesorem w Zakładzie Farmakologii w latach 1964-1969 oraz te na kortach Szpitala im. Jędrzeja Śniadeckiego latem i jesienią lat 1967-69, kiedy pełnił rolę jego partnera tenisowego. Jest pewny, że gdyby profesor nie przeniósł się w 1969 roku do Instytutu Leków w Warszawie, nadal pracował by w Zakładzie Farmakologii. I pewnie szykował się do obrony habilitacji. A tak, po odejściu z uczelni, po dwóch kolejnych burzliwych latach pracy w laboratorium szpitala wojewódzkiego przyszło mu opuszczać Białystok.

       I teraz razem z żoną jedzie do Staszowa. On już poznał realia pracy na prowincji, wszak przez ostatnie trzy miesiące organizował w nim dział diagnostyki. Ją to dopiero czeka. Będzie asystentem na Oddziale Chorób Wewnętrznych, kierowanym przez doświadczonego i niekonfliktowego szefa, dr. Stefana Olszowca. Wie, że ma obawy jak zostanie przyjęta. I czy sprawdzi się jako lekarz prowincjonalnego szpitala.

– Przed nami Staszów, obudź się – rzucił do żony.

Po chwili jadą główną ulicą miasteczka w stronę szpitala. Na jego zapleczu czeka na nich nowa życiowa przystań – trzypokojowe służbowe mieszkanie na II piętrze przyszpitalnego bloku.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział zatrzymując auto na parkingu. Joanna wysiadła powoli i rozglądając się dookoła stwierdziła – Mam nadzieję, że to moja ostatnia przeprowadzka.

   Niestety, po latach okazało się, że nie miała racji…

opowiadanie „Droga” opublikowanie w „Gońcu Świętokrzyskim” nr2-3/182-183

Kolacja z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim…*

              W czerwcu 2007 roku przebywałem w Londynie na zaproszenie Staszka Karbownickiego, syna Leona, dyrektora szpitala, w którym przez ponad 30 lat pracowałem, tyle tylko że pół wieku później. Zrządzeniem losu po wojnie Staszek znalazł się w Wielkiej Brytanii, tam ukończył studia, założył rodzinę i zamieszkał w Londynie. Nadal utrzymywał żywy kontakt ze swą pierwszą Ojczyzną i rodzinnym miasteczkiem, stąd nasza znajomość, żeby nie rzec przyjaźń. Po kolejnym zaproszeniu musiałem więc z niego skorzystać. Przyleciałem w towarzystwie żony do Londynu.

Z lotniska Heathrow odebrał nas Staszek osobiście, zapewniając bardzo bogaty program wizyty.

           Proszę sobie wyobrazić, że w ciągu tygodniowego pobytu w Londynie byliśmy w hrabstwie Essex na pokazie hodowlanego dorobku miejscowych farmerów, na występie filharmoników królewskich z programem poświęconym muzyce Czajkowskiego, obejrzeliśmy zmianę warty przed pałacem w Buckingham, złożyliśmy wizytę w parlamencie brytyjskim sir Geraldowi Kaufmanowi, deputowanemu Partii Pracy, mającemu korzenie polskie (matka jego była pacjentką dr Leona Karbownickiego), zwiedziliśmy Opactwo Westminsterskie ze słynną kaplicą Królewskich Sił Powietrznych z witrażami poświęconymi Dywizjonowi 303 i 302 ozdobione polską flagą, obejrzeliśmy siedzibę brytyjskiego rządu na 10 Downing Street a także wiejską posiadłość kuzynki żony Staszka, wspaniałej i ciągle uśmiechniętej Mony,( świetnego kierowcy mimo wady kręgosłupa i podeszłego wieku),w hrabstwie Surrey (nota bene miałem wówczas szczęście poznać Judy Dench, sławną Oskarową aktorkę ( otrzymała go w roku 1988 za drugoplanową rolę W zakochanym Szekspirze).

         Ale największą atrakcją naszego pobytu w Londynie była wspólna kolacja w towarzystwie Ryszarda i Karoliny Kaczorowskich. Staszek z Moną zorganizowali ją w prestiżowej restauracji londyńskiej, słynnym SIMSONIE, znajdującej się na zapleczu renomowanego hotelu Savoy.

Jedzenie wspaniałe, degustacja czerwonego wina podniosła, ale nie to było najważniejsze. Dla mnie liczyła się głownie blisko trzygodzinna rozmowa, podczas której mogłem porozmawiać z prezydentem nie tylko o jego białostockich korzeniach i jego wizytach na Kielecczyźnie.

Ryszard Kaczorowski z sentymentem opowiadał o swoim białostockim dzieciństwie, o służbie w harcerstwie. Tu w roku 1940 został komendantem okręgu białostockiego Szarych Szeregów, będąc łącznikiem pomiędzy Szarymi Szeregami a komendą Związku Walki Zbrojnej. W lipcu 1940 roku został aresztowany przez NKWD. Jego dalsze losy mogły by stanowić kanwę do nakręcenia sensacyjnego filmu, jak mówił. Najgorsze było to, iż do Białegostoku powróciłem dopiero, w roku 1991 na krótko; w charakterze gościa, przyznano mi wówczas godność doctoris causa Akademii Medycznej.  Wówczas mógł się przekonać, iż miasto to bardzo się od czasów jego młodości zmieniło, oczywiście na korzyść. Temat białostocki był dla mnie bardzo wdzięczny. Wszak to rodzinne miasto prezydenta Kaczorowskiego było miejscem moich studiów i pierwszej pracy. On wychował się i spędził młodość w dzielnicy Piaski, nieopodal pałacu Branickich (jego dom rodzinny mieścił się przy ulicy Mazowieckiej 7), w miejscu gdzie znalazła po wojnie siedzibę Akademia Medyczna, której jest doktorem „honoris causa: a w której ja, w latach 1960-66 studiowałem. Rozmawiamy przez chwilę o starym Białymstoku; informuję prezydenta, że zaraz po studiach jako młody asystent Zakładu Farmakologii Akademii Medycznej mieszkałem na ulicy Szpitalnej, w bezpośrednim sąsiedztwie niegdysiejszego jego wielorodzinnego budynku. Przez chwilę Kaczorowski wyraźnie się rozczula. Przywołuje z niepamięci „swoje”, nieistniejące podwórko z ławeczką na której często przysiadywał. W domu się nie przelewało, ojciec kolejarz musiał utrzymać pięcioosobową rodzinę, niepracującą żonę i troje dzieci. Widać, jak te wspomnienia znacznie poprawiają samopoczucie prezydenta. Po chwili pytam go o dzielnicę Antoniuk, do której po kilku latach, już jako lekarz po stażu się przeprowadziłem. Odpowiada, iż przed wojną była ona stosunkowo mało zagospodarowana, stało tam zaledwie kilkanaście domków jednorodzinnych. Przeważały niezamieszkałe tereny zielone. Zimą chodziło się tam na sanki, a latem organizowane były biwaki harcerskie. Pytam prezydenta o jego losy po aresztowaniu w 1940. Odpowiada niechętnie, widać, że był to traumatyczny okres w jego życiu. Siedziałem najpierw w więzieniu w Białymstoku, potem przewieziono mnie do Mińska. Po dwudniowym procesie w dniu 1 lutego 1941 roku zostałem skazany wyrokiem Najwyższego Sądu Białoruskiej Republiki Radzieckiej na karę śmierci. Po stu dniach pobytu w celi śmierci 10 maja 1941 roku, Sąd ZSRR zamienił wyrok na 10 lat łagrów. Wywieziony zostałem na Kołymę i odzyskałem wolność w marcu 1942 roku, dzięki podpisaniu układu Sikorski – Majski. Wstąpiłem wówczas do formowanej w ZSRR przez gen. Andersa polskiej armii. Przeszedłem szlak bojowy 2 Korpusu, walcząc m.in. pod Monte Cassino. Zresztą razem ze starszym bratem – zakończył. Po wojnie znalazł się w Anglii, gdzie podjął decyzję o pozostaniu. Zamieszkał w Londynie, tu po ukończeniu studiów pracował przez 35 lat jako księgowy. W międzyczasie w roku 1952 założył rodzinę, dbając o to, aby w domu panował duch poszanowania polskości i głębokiego patriotyzmu. Obie córki,(Jagoda i Alicja), jak z dumą on i obecna podczas kolacji małżonka Karolina podkreślali, mówią doskonale po polsku. Podobnie wnukowie. I to jest doprawdy budujące. Aż przyjemnie było tego wszystkiego słuchać.

Zapytany przeze mnie, jakie wydarzenie w dzieciństwie wywarło na nim największe wrażenie, odpowiedział – spotkanie na dworcu kolejowym w Białymstoku ze starszym panem, którym okazał się sam Józef Piłsudski. Wyglądał przez okno jednego z wagonów i na mój widok zagadnął – rośnij chłopcze, będziesz kiedyś potrzebny Polsce. Miałem wówczas 13 lat a te słowa pamiętam doskonale. One stanowiły drogowskaz na całe moje życie. Innym ważnym przeżyciem z czasów młodości było składane w roku 1930 przyrzeczenie harcerskie w parku na białostockim Zwierzyńcu. Moim marzeniem jest aby, gdy odejdę, do grobu włożono garść ziemi spod tych dębów – skonstatował.

Pod koniec rozmowy prowadzonej podczas niezapomnianej kolacji, Ryszard Kaczorowski nawiązał do mojego zawodu. Powiedział wówczas, że ma wielki dług wdzięczności do lekarzy. Kilkakrotnie uratowali mi życie, powiedział. Wyraził także opinię, że w relacjach lekarz – pacjent najważniejsze jest zaufanie i to obustronne. ( Z perspektywy minionych lat, uważam, że miał rację. Bo zaufanie jest w rzeczy samej najważniejsze. Wszystko inne to sprawy wtórne…)

W rozmowie prezydent Kaczorowski podkreślił, iż świętokrzyskie – rodzinna ziemia Staszka i moja, ma dla niego wielkie znaczenie. I to nie tylko z uwagi na wielokrotne w niej pobyty marszałka Piłsudskiego ale z przyczyn osobistych. Na cmentarzu parafialnym w Busku Zdroju jest pochowana jego Mama, Jadwiga Kaczorowska z Sawickich. Przyjechała do tego miasta w roku 1948, po powrocie z łagrów i śmierci męża Wacława (Ojca Ryszarda Kaczorowskiego) do córki Katarzyny. W mieście tym mieszkała do śmierci tj. do roku 1968, kiedy to 25 stycznia tego roku zmarła. Jak tylko jestem na południu Polski, zawsze staram się chociaż na chwilę wpaść do Buska i na cmentarzu pokłonić się mojej ukochanej Mamie – stwierdził. Byłem tam także i wtedy gdy przyjechałem w maju 2000 r. do Pana – powiedział z uśmiechem nawiązując do pamiętnej dla mieszkańców mojego miasteczka wizyty, podczas której miałem zaszczyt poznać go osobiście.

Przez chwilę zamykam oczy, przywołując tamte wydarzenia. W grudniu 1999 roku organizowałem obchody 100 –lecia urodzin mojego przyjaciela, uczestnika procesu szesnastu, ministra Adama Bienia. Zwróciłem się wówczas korespondencyjnie do prezydenta Kaczorowskiego o patronat nad imprezą. Wyraził zgodę, ale nie mógł w niej uczestniczyć osobiście. Przybył po 6 miesiącach w towarzystwie gen. Stanisława Nałęcza Komornickiego – kanclerza kapituły orderu Virtuti Militari serdecznie i owacyjnie witany zarówno przez władze miasteczka jak i społeczeństwo, które licznie przybyło na spotkanie z prezydentem. Z jego udziałem zorganizowano uroczystości patriotyczno-religijne na placu przyklasztornym w Rytwianach, gdzie był świadkiem pośmiertnego uhonorowania ks. Artura Radziwiłla Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari (z rąk generała Stanisława Komornickiego odebrał odznaczenie syn Artura, Maciej), następnie spotkał się z młodzieżą szkolną i harcerzami w regionalnym muzeum, gdzie obejrzał wspaniałe widowisko historyczne przygotowane przez młodzież szkolną „Katyń Golgotą wschodu” oraz wystawę dokumentującą dzieje miasta. Następnie złożył kwiaty na grobie Adama Bienia, zwiedził tamtejszy kościół parafialny oraz Dom Pamięci Jego imienia. Tu w obecności gospodarzy obiektu, córki i zięcia ministra miałem zaszczyt wręczyć mu pamiątkowy medal. Oficjalną wizytę prezydenta Kaczorowskiego zakończyło spotkanie z młodzieżą szkolną w Szkoły Podstawowej w Ossali. Wieczorem władze powiatowe miasteczka zorganizowały uroczyste przyjęcie w hotelu (dawnym pałacu) w Rytwianach. Były toasty, okolicznościowe wystąpienia. Prezydent Kaczorowski stwierdził, iż jest mu szczególnie miło gościć w pałacu należącym niegdyś do bohaterskiego księcia Artura Radziwiłła, i to w towarzystwie jego syna. Maciej Radziwiłł, w odpowiedzi, bardzo wzruszony, podziękował za zaszczytne wyróżnienie Ojca, który zawsze postępował zgodnie z zasadami wiary chrześcijańskiej oraz służby Ojczyźnie. I w takim duchu wychowywał swoje dzieci. Opowiedział jak mama Krystyna ( z domu Platerówna) przez kilka miesięcy szukała grobu ojca i jak w końcu został pochowany w klasztorze pokamedulskim w Rytwianach w styczniu 1940 roku, gdzie spoczywa obok rodziców. O mądrej mowie pożegnalnej ks. Konstantego Michalskiego, rektora UJ,. podczas pogrzebu mówili obecni na spotkaniu pochodzący z Rytwian uczestnicy przyjęcia, znający tamtą uroczystość z przekazu rodzinnego.

         Wykorzystałem wówczas okazję do wręczenia prezydentowi pakietu książek mojego wydawnictwa. Był zadowolony, szczególnie z dwóch pozycji: Zbrodnie stalinowskie w Polsce oraz książki Ostatni z szesnastu traktującej o życiu i działalności Adama Bienia. Później nawiązaliśmy korespondencyjny kontakt. W latach 2001 – 2007 otrzymałem kilka listów, które stanowią dla mnie szczególną pamiątkę. W jednym z nich, z dnia 12 stycznia 2001 roku napisał:

Dziękując za miłe chwile, które dzięki Panu mogłem spędzić wśród ludzi, szczerze oddanych sprawom regionu, a tym samym naszej Ojczyźnie. Jestem pełen uznania dla Pana pracy na rzecz ziemi świętokrzyskiej, a tym samym dla całej ojczyzny. Wydawany przez Pana „Goniec S.” był dla mnie miłą lekturą, przypominającą wizytę na Pańskiej Ziemi. .

Co Pan się tak rozmarzył – słowa Kaczorowskiego przywołuję mnie do rzeczywistości.

– Przypominałem sobie Pański pobyt u mnie przed siedmiu laty – odpowiedziałem trzeźwo. A czy pan pamięta, że przyleciał ze mną nasz Staszek – skonstatował prezydent. Oczywiście, że pamiętam, wszak odwiedzał swoją ojcowiznę – zripostowałem. Zresztą co tu dużo mówić, on pomógł mi w organizacji tej wizyty, pomyślałem. A na głos zapytałem, by nie tracić animuszu, jakie były losy wojenne i powojenne małżonki prezydenta. Pochodząca z tzw. kresów wschodnich p. Karolina, w czasie wojny podzieliła los dzieci tułaczach. Przebyła wraz z nimi szlak wiodący przez Azję a potem Afrykę. Po wojnie los rzucił ją do Londynu, gdzie przyszłego męża poznała w czasie studiów nauczycielskich na stołecznym Uniwersytecie.

Podczas wieczoru robiła wrażenie osoby skromnej, taktownej i przy tym niezwykle czarującej. Wszystko to sprawiło, że wieczór w SIMSONIE upłynął nam bardzo szybko. Długo byłem pod wrażeniem czarującej osobowości prezydenta i jego uroczej małżonki. Podziw budziła niezwykła poprawność mowy polskiej z charakterystycznym dla ludzi wschodu zaśpiewem. Szczególnie ciepło zapamiętała wieczór moja żona. Bo rzeczywiście w towarzystwie Ryszarda Kaczorowskiego, szczególnie kobiety czuły się bezpiecznymi; on sam mógł stanowić wzór angielskiego dżentelmena w polskim wydaniu.

Londyńskie spotkanie utrwaliliśmy z żoną jeszcze z innego powodu. Kiedy po pożegnaniu się z Kaczorowskimi, (udali się na przystanek kolejki podmiejskiej), znaleźliśmy się przy samochodzie Mony, za jego wycieraczką wciśnięty był mandat Straży Miejskiej. Mona zostawiła samochód w miejscu, niestety nie parkingowym. Kosztowała ją ta niefrasobliwość 50 funtów. Staszek skomentował to krótko, tak musiało się stać. Niewątpliwie ten incydent nieco zepsuł nam humory, ale w niczym nie osłabił odniesionych ze spotkania z p. Kaczorowskimi wrażeń…

     Potem spotkałem jeszcze Ryszarda Kaczorowskiego w sierpniu 2007 roku w Kielcach.

Pod Pomnikiem Czwórki Legionowej przyjmował Kadrówkę. Już wówczas pełnił odpowiedzialną funkcję honorowego protektora Marszu Szlakiem I Kampanii Kadrowej

     Napięty program uniemożliwił prezydentowi wizytę w moim Ośrodku pod Kielcami. Odwiedzę kolegę następnym razem – obiecywał. Niestety nigdy już nie doszło do spełnienia tej obietnicy. W roku 2009 obchodził swoje 90. urodziny w rodzinnym Białymstoku, gdzie był przyjmowany, zgodnie z należnymi mu honorami, jako wybitny mąż stanu. Nie mogłem, niestety wziąć (mimo zaproszenia) udziału w tych obchodach, czego żałuję.

W związku z jubileuszem prezydent Kaczorowski jeździł po całej Polsce odbierając kolejne zaszczyty i godności. Łącznie został honorowym obywatelem 36. polskich miast (w tym Kielc) oraz doktorem honoris causa pięciu wyższych uczelni !

Na ślady prezydenta natrafiłem jeszcze jesienią 2009 roku. Było to podczas X Forum Prasy Polonijnej oraz inauguracji zajęć w Akademii Polonijnej w Częstochowie; uczelni, którą współtworzył i której od startu tj. od 1992 roku był Wielkim Protektorem. Miałem nadzieję na osobiste spotkanie, był bowiem oczekiwany przez gospodarzy uczelni, ale w ostatniej chwili odwołał przyjazd.

              Potem nadszedł rok 2010 i feralny lot 10 kwietnia do Smoleńska. Był w składzie delegacji państwowej na czele z urzędującym prezydentem RP Lechem Kaczyńskim. Lecieli tam, aby złożyć hołd ofiarom Katynia, z okazji 70. rocznicy zbrodni sowieckiej. I niestety, z przyczyn dotychczas nieustalonych samolot rozbił się podczas lądowania na lotnisku w Smoleńsku. Zginęła cała delegacja, wraz z załogą samolotu; łącznie 96 osób. Kraj pogrążył się w szczerej żałobie…

Potem był pogrzeb prezydenta Kaczorowskiego z udziałem władz Rzeczypospolitej. Spoczął w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Okazało się, że z powodu niedbalstwa polskich służb pomylono trumny i trzeba było powtórzyć ceremonię pochówku – już bez udziału urzędującego prezydenta i premiera…

W nekrologach i licznych wspomnieniach pożegnalnych napisano wiele ciepłych słów o zmarłym polityku. Przypominano jego zasługi dla Rzeczpospolitej; dla harcerstwa, Armii Krajowej, Polonii. Podkreślano, że to on przekazał insygnia władzy prezydenckiej Lechowi Wałęsie 22 grudnia 1990 roku, że przez lata był symbolem Polskości w świecie, co docenili nie tylko rodacy (świadczy o tym chociażby wielość odznaczeń z Orderem Orła Białego włącznie), ale także władcy europejscy, w tym królowa brytyjska Elżbietę II , która odznaczyła Go Wielkim Krzyżem Orderu św. Michała.

             Jestem dumny, iż w Jego dorobku znajduje się także medal Adama Bienia, do otrzymania którego w pewnym stopniu się przyczyniłem, zaś wspomnienie wspólnej z nim kolacji zachowam we wdzięcznej pamięci po wsze czasy…

                                                                                      Maciej Zarębski

Reportaż „Kolacja z prezydentem…” – (III nagroda w IV Ogólnopolskim Konkursie Poetycko-Prozatorskim Pulsu słowa) – publikowany w Antologii „Ciemność i światło” (wyd. OIL Warszawa 2015)         

Z wizytą w Rumunii, w Budapeszcie i w … Ossali *

(…) Po niecałym miesiącu, w dniach 15-19 listopada 1978 roku z tatą i Dorotką wyruszamy do Rumunii w celu zakupu kożuchów. Prawie jak wyprawa po złote runo. Takie czasy. Jedziemy przez czechosłowackie miasta Presow i Koszyce, węgierski Miszkolc i Debreczyn. Z trudem udaje się nam załatwić nocleg w miejscowym hotelu. Następnego dnia przekraczamy granicę węgiersko- rumuńską i w miasteczku Relag dokonujemy transakcji zakupu kożuchów, dla Luli i dla mnie. Kiedy wyruszamy w drogę powrotną, diametralnie zmieniają się warunki pogodowe. Gwałtownie spada temperatura i zaczyna padać śnieg, zmniejszając zdecydowanie widoczność. Niedaleko granicy z Polską cudem udaje się nam uniknąć zderzenia z ciężarówką. Nie chcę myśleć, co by było, gdybym w ostatniej chwili nie odbił kierownicą w prawo. Z duszą na ramieniu przekraczam granicę w Barwinku i niezwykle ostrożnie pokonuję ostatnie kilometry trasy…

   Po świętach Bożego Narodzenia spędzonych z rodziną w Staszowie, wybieramy się na Sylwestra do Budapesztu. Wyruszamy z samego rana 28 grudnia 1978 roku samochodem do Katowic, tam na parkingu zostawiamy wóz i wsiadamy do pociągu. Jesteśmy pełni pozytywnych emocji. To nasz pierwszy Sylwester poza krajem. Szykowaliśmy się na niego od paru lat. Wybór padł na Budapeszt z racji pozytywnych opinii uczestników oraz stosunkowo niewysokiej ceny.

Już w pociągu czujemy podniosłą świąteczną atmosferę. Razem z nami jedzie wielu Polaków w podobnym jak my celu. Śpiewy, głośne rozmowy, odgłos otwieranego szampana wszystko to towarzyszy nam niemal od wyjazdu z Katowic. Jedziemy z biurem podróży, ale nie znamy nikogo z współtowarzyszy. Do Budapesztu docieramy nad ranem następnego dnia. Odbieramy wołczery i taksówką udajemy się na wyznaczoną nam kwaterę prywatną. Zapisany w skierowaniu adres naszego kwaterunku znajduje się w samym centrum miasta. To spora kamienica czynszowa położona przy niewielkim placyku. Interesujące nas mieszkanie mieści się na II piętrze. Mimo wczesnej pory sympatyczna gospodyni w wieku podeszłym nas oczekuje. Po przywitaniu i okazaniu stosownych dokumentów, prowadzi do sporego, tradycyjnie urządzonego pokoju. Zmęczeni, zaraz po rozpakowaniu walizek, udajemy się na spoczynek. Wieczorem mamy się spotkać na kolacji w jednej z węgierskich restauracji. Panuje w niej specyficzna atmosfera, w tle dźwięki czardasza, a na ścianach obrazy dokumentujące historię Węgier. Kuchnia smaczna, ale niezwykle pikantna, ostre potrawy z dodatkiem papryki, zapierające oddech. Podobne odczucia mają sąsiedzi obok siedzący, co maluje się na ich twarzach. Do posiłków spożywamy w związku z tym duże ilości wody mineralnej. Następnego dnia nasza grupa (rozlokowana podobnie jak my w różnych kwaterach prywatnych) wybiera się na spacer po Budapeszcie. Lula ma kłopot z niewygodnym obuwiem (kozaki na wysokiej szpilce nie sprzyjają turystyce). Szukamy sklepu z butami. Owszem jest, ale ceny takie, że pochłonęłyby cały nasza przydział walutowy, a przecież mamy w planie zakup drobnych suwenirów. Lula więc, rada nie rada, decyduje się na te niewygody. Budapeszt robi na nas sympatyczne wrażenie. Miasto pięknie położone, otoczone malowniczymi wzgórzami, ze specyficzną atmosferą i klimatem. Nad miastem góruje wzgórze Gelerta, dokąd udajemy się busem. Rozciąga się z niego piękny widok na miasto, na wijący się malowniczo zakolami Dunaj, poprzecinany wieloma mostami. Wstępujemy do jednej z licznych urokliwych kawiarenek na aromatyczną kawę. Po powrocie zmęczeni trudami spaceru szybko zasypiamy. Następnego dnia od samego rana przygotowania do Sylwestra. Wieczorem spotykamy się z całą grupą przed restauracją, w której przywitamy nowy 1979 rok. Wszędzie panuje niezwykły uroczysty nastrój. Ulice są pełne ludzi i gwaru. Ze zdziwieniem stwierdzamy, iż mimo późnej pory, wśród spacerujących jest mnóstwo dzieci. Co chwila słychać odgłos pękających baloników, któremu towarzyszy dźwięk piszczałek i trąbek. Restauracja, do której wchodzimy, w niczym nie jest podobna do lokali, w których odbywają się bale sylwestrowe w Polsce. Nie ma stołów, miejsc siedzących, jedzenie jest przygotowane w stylu bufetu szwedzkiego. Równocześnie gra muzyka, przy której cześć biesiadników tańczy, część spaceruje, a inni przemieszczają się po kilku piętrach tego lokalu. W zabawie uczestniczy ponad tysiąc osób. Nasza kilkunastoosobowa grupa ulega rozproszeniu i z trudem udaje nam się spotkać przez północą, by razem przywitać Nowy Rok kieliszkiem tradycyjnego szampana. Niedługo potem tłum biesiadników wylewa się na ulicę, gdzie przenosi się zabawa trwająca do białego rana. Nadal widzimy w tłumie spacerowiczów towarzyszące dorosłym ich pociechy. Nikomu nie przeszkadza ostry, siarczysty mróz. Około trzeciej wracamy na kwaterę. Następnego dnia spotykamy się na dworcu, skąd planowany jest odjazd do Polski. Niestety z powodu silnego mrozu są problemy z komunikacją. W efekcie wracamy do Polski z kilkugodzinnym opóźnieniem.

           Jedziemy w zimnym przedziale. Nic dziwnego, za oknem rekordowo niskie temperatury, rzędu minus 20 stopni i więcej. Próbujemy się dogrzewać łykiem z piersiówki. Pociąg z trudem przebija się przez zwały śniegu. Na dworzec w Katowicach docieramy z 7-godzinnym opóźnieniem. Zziębnięci, wymęczeni ledwo odnajdujemy na parkingu nasz pokryty śniegiem i lodem samochód. Trzeba go odkopać i odskrobać. Silnik załapuje dopiero za którymś razem, a przecież zastawa ma dopiero kilka miesięcy. Jazda do Staszowa, ok. 200 km, zabiera nam blisko 7 godzin. Droga niesamowicie śliska, zaśnieżona i oblodzona, nieliczne samochody poruszają się wolno. Mimo że znam przecież drogę, nie chcę ryzykować. Do Zawiercia jeszcze czuję się nieźle, potem muszę walczyć ze zmęczeniem i sennością. Za Szczekocinami przystajemy w przydrożnym motelu na kawę. W Jędrzejowie skręcamy na Chmielnik, a stamtąd do Staszowa, dzielące nas 30 km pokonuję ostatnim wysiłkiem. Olbrzymie zwały śniegu uświadamiają nam, że oto Polskę nawiedziła zima stulecia (tak została później nazwana). W staszowskim mieszkaniu czekali na nas zdenerwowani rodzice oraz córki. Opowieściom z naszego pobytu w Budapeszcie nie było końca.

       Po kilku dniach wypoczynku jadę z żoną do Przasnysza na ślub brata stryjecznego Luli, Bogdana Grabowskiego z Marią Jaworską. Uroczystość w kościele parafialnym okazała, przyjęcie w Domu Kultury z rozmachem. Pan młody, absolwent prawa po Uniwersytecie Warszawskim, pracujący jako sędzia w miejscowym Sądzie Rejonowym. Pani młoda, mgr farmacji zatrudniona w aptece szpitalnej. Jedzenie doskonałe, szczególnie pieczywo, jako że ojciec pani młodej to właściciel renomowanej przasnyskiej piekarni. Bogdan zaczynał praktykę sędziowską na początku lat 70-tych, pamięta Adama Bienia, który wówczas pracował jako adwokat.

   Na początku lutego 1979 roku odwiedza nas mama żony i całą rodzinką składamy wizytę w Ossali. Adam Bień wyraźnie się ożywia, wspomnieniom z okresu jego pracy w Przasnyszu nie ma końca. Mieszkająca z nim wnuczka p. Weroniki Olesińskiej, jego towarzyszki życia, Małgosia Sianoszek chodziła w Przasnyszu do szkoły podstawowej razem z Jolą, młodszą siostrą Luli. I ona wraca w rozmowie do wspomnień związanych z latami szkolnymi. Adam wiele opowiada o swoim obecnym zajęciu, pisaniu wspomnień z okresu młodości. Szykuje książkę która będzie miała tytuł „Bóg wysoko, dom daleko”. Pyta, czy chcemy wysłuchać jej fragmentu. Oczywiście chętnie się zgadzamy. Adam siada wygodnie w fotelu i czyta – Urodziłem się 14 grudnia 1899 roku we wsi Ossala. Był tu kiedyś powiat staszowski, potem sandomierski, później znowu staszowski. Ossala jest wsią starą, pochodzenia węgierskiego, a jej prawdziwie historycznie nazwa brzmi: „Ossalya”. Do dnia dzisiejszego zachowały się tu nazwiska jej pierwszych węgierskich osadników (Macias, Glica, Raś, Ferenc, Jeczeń, Ramos, Żugaj). Wieś leży w odległości półtora kilometra od Wisły, w połowie drogi między miastem Połańcem a Osiekiem, wśród krajobrazu swojskiego, łagodnie pofałdowanego, w zasięgu Sandomierza, Klimontowa, Opatowa, Staszowa oraz słynnych tu miejscowości „odpustowych”- Sulisławic i Rytwian. Tu się urodziłem. Tu jest kolebka mojego istnienia, jedyne w świecie miejsce, z którym łączy mnie, i z którym odczuwam nieuchwytny, ale mocny związek „pokrewieństwa”. To są właśnie te wzgórza i doliny, strumienie, sadzawki, olszyny, łąki, piaszczyste pola, zadumane stare kapliczki przydrożne, białe ścieżki. To są drogi, a przy drogach stare drzewa, które sadził mój ojciec i drzewa, które już były stare, kiedy się tu zjawił. To jest szara wstęga Wisły, widocznej od Wschodu z najwyższego wzgórza Ossali, i daleki „galicyjski” krajobraz po tamtej stronie Wisły, z wysoką białą wieżą kościoła w Padwi. – Chyba wystarczy jak na pierwszy raz – z uśmiechem mówi odstawiając na bok notatki. Jesteśmy pod wrażeniem plastyczności opisu tej małej ossalskiej ojczyzny Adama Bienia. Opuszczamy Ossalę w przeświadczeniu, iż oto polityk Adam Bień teraz sprawdza się jako pisarz…

                                                                                               Maciej A. Zarębski

* fragment książki „Z Klerykowa w świat” (2014), Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Biblioteka Świętokrzyska 325)