Andrzej Chodacki

BURZA OGNIOWA
( fragment powieści pt. „Doktor Seliański”, rok wydania 2015 )

Wzbudzony z rozkazu człowieka stanął nad miastem. Najpierw spokojnie, delikatnie wypełniał zakamarki, obejmował w posiadanie dachy kamienic. Wszystko stało dla niego otworem, bo bomby burzące wyrwały z zawiasów okna i drzwi domów.

OGIEŃ. Pan zagłady zaistniał jednocześnie w wielu miejscach, a kolejne powstawały z każdą zrzuconą bombą zapalającą, każdym eksplodującym zbiornikiem łatwopalnych substancji. Gdzieniegdzie już pustoszył domostwa, zmuszając przerażonych mieszkańców do skakania z okien kamienic na ulicę. Gdy zawładnął jakimś pomieszczeniem, nie chciał już nikogo wypuścić. Karmił się krzykiem ludzi, płaczem dzieci, przerażeniem matek. W innych miejscach wyszukiwał na strychach zimowe zapasy węgla, a gdy je znalazł, radował się, że nie zabraknie mu pokarmu, zanim nie dokończy swego dzieła zniszczenia. Gdy był już wystarczająco silny, przywołał na pomoc swego brata:

WIATR. Nie czuł się dobrze w mieście. Pozwalał sobie czasem na peryferiach czy zielonych połaciach Wielkiego Ogrodu, ale ulice i domy zawsze spowalniały go, ograniczały jego nieposkromioną naturę. Teraz, gdy przybył, aż zatańczył z radości obok kościoła mariackiego. Oto większość domów, które kiedyś stawiały mu opór, leżało w gruzach. Już nic go nie powstrzyma. Taniec OGNIA i WIATRU wzmagał się z każdą minutą. Najpierw mogli wspólnymi siłami porwać i spalić stertę liści lub wałęsającego się psa. Przyszła jednak chwila, gdy WIATR rzucał w gardło swemu bratu OGNIOWI gromady ludzi wraz ze stertami cegieł pozostałych po rozsypanych kamienicach. Gdy podniósł i wywrócił wagon na dworcu kolejowym, poczuł, że ma niespotykaną dotąd moc.

Jakże pięknie zapanowali to Anglicy. Tajfun ogniowy. Dwa żywioły połączone braterską więzią, by dobić umierające miasto. Przewyższające dwudziestokrotnie siłę huraganu. Tysiącstopniowy żar topił żelazne szyny tramwajowe. Drzewa zakorzenione w niemieckiej ziemi od kilkuset lat ukręcane były jak łodygi kukurydzy. Cyklon zamiótł ulicę i porwał w górę kilkunastu uciekających ludzi. Jeden z nich krzyknął. Tylko raz, bo sekundę potem zrobił ostatni w swoim życiu wdech ognistego powietrza, które wypaliło mu płuca. Sczerniałe ludzkie szczątki podmuch zawiesił na owdowiałych konarach wysokiego klonu. Niech wiszą, niech radują oczy morderczych żywiołów.

Ognista trąba zwróciła swój czerwony łeb ku Alt Markt i ruszyła w tamtą stronę, wysysając po drodze powietrze z oczodołów poczerniałych kamienic. Plac okaleczony przez bomby burzące był bezbronny wobec dwóch braci, którzy objęli go teraz w posiadanie. „Wąskie ulice i łatwopalny materiał” jak argumentowali specjaliści od planowania bombardowań w alianckim sztabie. Wszystko doskonale przygotowali dla pana zniszczenia, który zachwycał się właśnie niebywałą temperaturą swego wnętrza. Biedni głupcy przy Landhaus Strasse. Schowali się do piwnic. Ogień zajrzał tam przez wybite podmuchem okna. Ostatni krzyk ginących z braku tlenu ludzi zmieszał się z grzmotem płomienniej nawałnicy.

– Nikt mi nie ujdzie! – Syczał ostrzegawczo, a walące się ściany kamienic przytakiwały, rozrzucając koraliki cegieł po placach i alejach.

OGIEŃ oplótł katedrę Marii Panny dwudziestometrowym jęzorem. Lizał jej mury, które stopniowo zaczęły kruszeć.

– Zaraz będziesz moja – zapewniał świątynię, gdy już zabił wszystkich pielgrzymów, którzy szukali wewnątrz ratunku.

Nagie ciała młodych kobiet leżały nietknięte żarem na Neu Markt. Zabić? To za mało. Trzeba jeszcze upodlić, wykorzystać do końca tę wspaniałą okazję, którą dali OGNIOWI Anglicy. Obedrzeć z ubrań, sponiewierać, udusić i zostawić, jak woskowe lalki, aby świat zrozumiał, jak wielka jest potęga nienawiści.

Jego przyrodni brat, WIATR wywijał wśród tuneli walących się w gruzy dzielnic. Rozpędzał się i dla zabawy uderzał huraganową pięścią w próbujących ustać na nogach ludzi, a gdy ich już przewrócił, łapał za nogi i ciskał do rozżarzonego pieca. Każdy, kto był wtedy w mieście, spotkał się z jego gwałtowną naturą. Tu dziesięciu, tam stu, jakie to ma znaczenie. Nikt nigdy ich się nie doliczy. Bo jak policzyć garść popiołu, która z nich została? Zdarzało się, że jakiś nieszczęśnik trzymał się drzewa lub latarni. Wtedy WIATR wyrywał to drzewo, ukręcał latarnię i śmiał się, gdy żałosne stworzenie przyczepione kurczowo do wątpliwej zapory, wzlatywało w wirze tornada, by za chwilę gruchnąć na ziemię z wysokości kilkudziesięciu metrów.

Jaka to przyjemność zgarniać iskry i ciskać w oczy biegnących z cyrku dzieci? Nie uratujecie ich, matki i ojcowie. Ich los określiła jasno dyrektywa alianckiego lotnictwa „zabić wszystkich, najlepiej spalić całe miasto razem z mieszkańcami”.

Gdzie szukałyście powietrza, dziewczęta z Weisse Gasse. Przy ziemi też go nie było. Delikatny brat OGNIA i WIATRU:

CZAD zasiał spokój na waszych twarzach, gdy nabierałyście tchnienia śmierci w swoje młode piersi. Ten cichy zabójca obudzony w piwnicach, kanałach i podziemiach przemierzał ludzkie siedziby, szukając tych, którzy schowali się przed jego gwałtownymi krewniakami. On spokojnie zaglądał przerażonym mieszkańcom w oczy i zamykał ich ciężkie powieki, zmieniając ludzi w lalki, życie w sen a marzenia w nicość. Żadna ściana nie była dla niego zaporą. Wystarczy tylko mała dziurka, którą wsączy swą potęgę do pełnej ludzi piwnicy. Oddychajcie, przecież musicie. Nie będziecie krzyczeć, bo jestem łaskawym panem. Nie okaleczam, nie duszę, nie palę, nie łamię kości. Ale przecież oddychać musicie. Przyjąć mnie do waszych płuc. Potem wszystko jest już proste. Tysiące zostaną w miejscach, które uważali za bezpieczne. Ratownicy dotrą do nich, gdy będą już gnić.

W jednej z piwnic zastał zabarwione czerwienią ściany i resztki małych, ludzkich fragmentów wypełniających luźno wnętrze. Angielska bomba burząca przebiła stropy i eksplodowała dopiero wewnątrz pomieszczenia. Jakże był zawiedziony. Nawet ludzkiej postaci, nic, co by przypominało człowieka. A przecież czekało tu na niego kilkaset osób. Tych, których potem nikt się nie doliczy. Których nie pochowają, lecz łopatą zgarną z cuchnącej piwnicznej posadzki.

Podli Anglicy! Chcieli wszystko zagarnąć dla siebie. Odszedł kanałem wentylacyjnym w kierunku zachodnim. Tam na pewno spotka żywych, drżących nadzieją na uratowanie się z tej matni. I pozwoli im sobą pooddychać, zanim ich piersi znieruchomieją, a skóra zmieni kolor na karminowy. Im bliżej centrum, tym więcej śladów bytowania gwałtownego brata OGNIA. W jednej z piwnic na Berliner Strasse zastał grubą warstwę szarego popiołu. Oprócz tego kałuże stopionego metalu, fragmenty nadgryzionych żarem garnków i patelni. OGIEŃ zmienił ludzi w szary pył. Wszystkich, którzy tu szukali schronienia. Czy nie ma już żywych w tym mieście? Czy nikt tu już nie oddycha?!

Wsączył się w kanał ściekowy i podążył na Dworzec Główny. Tam przecież musi kogoś zastać. Jakaż była jego radość, gdy natrafił na tunele wentylacyjne pod powierzchnią dworca. W tych kanałach zgromadziło się kilka tysięcy struchlałych postaci. Bez dostępu świeżego powietrza, bez możliwości ucieczki. Na górze sypały się z nieba bomby, a tu w tunelach CZAD rozpoczął jednoczenie ludzi ze śmiercią. Bezboleśnie, bez lęku czy pretensji. Stali tak, pogodzeni, a gdy przeszedł, kładli się łagodnie, jedni obok drugich, zamykając posłusznie zmęczone oczy. Zabójca poczuł, że przyszła jego chwila. Zasiewał na lewo i prawo śmiercionośne tchnienie, zaglądał ludziom w oczy, zanim te zmętniały bezradnie. Wspaniały czas, gdy mógł ilością ofiar dorównać swoim braciom na powierzchni miasta. A ci już słabli, wycofywali się zadowoleni z dokonanej rzezi.

U góry nad poziomem piwnic trwał Popielec. Największy w historii chrześcijaństwa. Jak kto umarł? Ilu wyparowało, spłonęło na popiół? Nikt nie zdoła nigdy dojść prawdy. Chrześcijańscy Anglicy przylecieli w bombowcach i wymordowali chrześcijańskich Niemców. Słabnący WIATR posypywał głowy tych, którzy w obłędzie szukali wśród zgliszczy swoich bliskich. Czarny, mokry popiół przez trzy doby leciał z nieba na głowy ludzi. Przerażający całun ze spalonych ciał opadał na zmasakrowane zwłoki Drezna. Alianci urządzili swoje własne, niepowtarzalne Auschwitz. Spalili przez jedną godzinę więcej ludzi, niż Niemcy w obozie koncentracyjnym przez miesiąc. Spopieleni mieszkańcy opadali czarnym pyłem w promieniu wielu kilometrów od miasta, na brytyjskich jeńców Stalagu IVB, na Mockethal, Lohmen i inne zdumione tym koszmarem ludzkie siedziby. Churchill posypał ludzkim popiołem głowy Niemców czterdzieści kilometrów wokół zmasakrowanej „Florencji Północy”.

         Autor powieści Andrzej Chodacki